BanneryWebmasterFAQRedakcja
Anime i kino azjatyckieAnimeZajawkiKino azjatyckieSłowniczek pojęćLinkownia
GaleriaForumCzat

Menu

Wyszukiwanie

Strefa poszukiwań
Poszukiwana fraza

Przyjaciele

Tanuki
Aleja Komiksu
Perfect Anime
Anime Heaven
Vegepic Anime
Dragon Ball Nao
Kage
VWORLD
GTW
Anime Dream
Rei Official Website
Japonia Dream
bleachHEART
Banzai!

Ocena recenzenta

8.5
Scenariusz
8.0
Pomysł
8.5
Modele/obiekty
9.0
Scenografia
9.0
Animacja
8.5
Poetyka obrazu
9.0
Muzyka
9.0
Ogółem

Zespół redakcyjny

8.5
Scenariusz
8.0
Pomysł
8.2
Modele/obiekty
9.1
Scenografia
9.0
Animacja
8.5
Poetyka obrazu
8.5
Muzyka
9.1
Ogółem

Opinie redakcji

Daldow
Świetny (choć nie pierwszy) symbol miasta jako podświadomego bytu, wsparty niezwykle przyjemnym w odbiorze motywem moralistycznym. Warto się zapoznać  więcej >>>
Pottero
Herr Doktor i Herr Daldow już chyba wyczerpali temat. Mnie nie pozostaje nic innego, jak tylko gorąco polecić, zwłaszcza miłośnikom kina ogólnie.

Użytkownicy

Ocena końcowa
8.5 (głosów: 2)
Ocena prowizoryczna
?

Podobne anime

2004
9.2
Mind Game

Reklamy Google

Tekkonkinkreet

Tekkonkinkreet
premiera
23.12.2006
Typ produkcji
FILM
ANNAnime PlanetAnimeDB

Wprowadzenie

Kolejny, po „Mind Game”, duży projekt filmowy eksperymentalnego Studia 4℃. Świetnie opowiedziana, niekonwencjonalna formalnie opowieść o marzeniach, dwoistości natury ludzkiej i... mieście. Wszystko to zaś spięte klamrą w postaci przejmującej opowieści o przyjaźni. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów ostatnich lat.

Dane podstawowe

inne tytuły鉄コン筋クリート (japoński)
Tekkon Kinkreet (angielski)
Tekon kinkurīto (romanizacja)
ograniczenie wiekowedozwolone od lat 12(dozwolone od lat 12)
odcinki1 x 111 min - łącznie 111 min
przypisaniadramat, przygoda
produkcjaAniplex, Asmik-Ace Entertainment, Beyond C., Shogakukan Productions
animacjaStudio 4°C
ta recenzjael doctore   (5.02.2008)Ocena  9.0
Dageki

 Tanuki
Recenzja

Miasto jest moje, mówi Białemu Czarny, szef dziecięcego gangu Kotów. To moje miasto, przekonuje zmęczonym głosem Kimurę Suzuki z yakuzy, znany lepiej jako Szczur. To miasto jest moje, wykrzykuje Choco, szef lokalnych oprychów zwących się Apaczami. To miasto będzie nasze, spokojnie perswaduje szefowi yakuzy tajemniczy Wąż, roztaczając przed nim wizję rentownego przedsięwzięcia o nazwie Plac Zabaw. Plany, niezaspokojone ambicje, morze walki, zło nie do uniknięcia i fatalny czas na chciwość, jak podaje za horoskopem Suzuki.
To właśnie Miasto Cudów – otoczona z każdej strony wodami i przepychem bogatych dzielnic wokół, najbiedniejsza, tzw. Trzecia Dzielnica – wyspa, slums idealny, idea miasta w pigułce, piętrzące się na marnej reputacji barów ze striptizem obserwatorium astronomiczne, z którego Biały dzień w dzień nadaje komunikat: Halo, tu Japonia, planeta Ziemia. Agent Biały melduje. Wszystko jest w porządku. Ale tak naprawdę nic nie jest w porządku. I to jest właśnie „Tekkonkinkreet”.

Nowy pełnometrażowy film studia 4°C to najpoważniejsze przedsięwzięcie w dotychczasowej historii tego niezwykle ambitnego developera, niezmiennie stawiającego na innowacyjność i niemalże programowy eksperyment. Jeśli komuś wydawało się, że słynne dzieło 4°C, „Mind Game”, to szczyt twórczych mocy współpracowników pani Eiko Tanaki, właśnie ma okazję zweryfikować swoją opinię, wchodząc w bliższą znajomość z opartym na mandze „Biały i Czarny” Taiya Matsumota „Tekkonkinkreteem”.

Cóż my tu mamy? W pierwszym rzędzie – śmiałą decyzję, doskonale obrazującą otwartość studia 4°C na wszelkiego rodzaju eksperymenty, o powierzeniu reżyserii osobie spoza japońskiego kręgu kulturowego, urodzonemu w Stanach Zjednoczonych Michaelowi Ariasowi. Co więcej, powierzono tę kluczową rolę osobie bez jakiegokolwiek reżyserskiego doświadczenia! Michael Arias bowiem do tej pory znany był w branży filmowej jedynie jako spec od efektów specjalnych (niezła „Otchłań”). Ale na tym nie koniec niespodzianek. Scenariusz trafił w ręce innego „obcego” – Anthony’ego Weintrauba, a muzyczną oprawą filmu zajął się, debiutujący w tej roli, angielski duet elektroniczny Plaid. Można więc z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że za wszystkie kluczowe aspekty, poza animacją, w „Tekkonkinkreet” odpowiadają ludzie znający anime niejako z „drugiej ręki”, poprzez własną fascynację (Arias biegle mówi po japońsku) czy zwykłe zawodowe wyzwanie.

Czy w tym szaleństwie jest metoda? To zależy. Wszystko w końcu weryfikuje ostateczny efekt tego rodzaju personalnych afiliacji, ale na pewno jest to droga, której z uwagą przyglądają się inne, wielce zasłużone dla anime studia. Trudno bowiem nie oprzeć się wrażeniu, że o ile końcowy efekt tego typu posunięć może być różny, jest to jakaś forma odpowiedzi na coraz bardziej skostniałą i do bólu schematyczną formułę gatunku. Można też spojrzeć na to inaczej: anime już dawno osiągnęło „wiek męski”, zna swoją siłę i potrzebuje naturalnej konfrontacji, która, w myśl zasady, jeśli nie zabije, to na pewno wzmocni.

Jak to wypadło w przypadku „Tekkonkinkreet”? Moim zdaniem co najmniej zadowalająco. Uniwersalna przypowieść o nieustannych zmaganiach Dobra ze Złem stała się dzięki międzynarodowej ekipie realizatorskiej jeszcze bardziej uniwersalna. Z opowieści, koniec końców, powstałej jednak na bazie stricte japońskiej mangi, wyparowały wszelkie kulturowe determinizmy. Próżno szukać w „Tekkonkinkreet” śladów wschodniej duchowości. Jej obecność ujawnia się co najwyżej w dekoracyjności samego obrazu, na który składa się oszałamiający wizualnie chaos wielkomiejskiego slumsu, skonstruowany, jak przyznaje sam reżyser, z najbardziej charakterystycznych elementów industrialnego pejzażu Japonii. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by akcję „Tekkonkinkreet” przenieść do brazylijskich faveli, amerykańskiego Detroit czy jakiegokolwiek większego miasta w Europie, np. Paryża. Bohaterowie „Tekkonkinkreet” czuliby się tam równie dobrze, gdyż ich podstawowymi produktami codziennego użytku są przemoc, wszechogarniająca beznadzieja i apatia. A te nie znają granic.

Dlaczego więc jedenastoletni Biały dzień w dzień składa raport Kosmosowi (Bogu?), w którym donosi, że wszystko jest w porządku? Ponieważ jest odwrotnością Czarnego, swojego przyjaciela i zarazem opiekuna. Żyje wielkim marzeniem domu nad brzegiem morza, przestrzeni pozbawionej betonowego sklepienia wiaduktu, pod którym koczują wraz z Czarnym w zdezelowanym wraku samochodu. Czarny, w przeciwieństwie do Białego, nie ma złudzeń i marzeń. Nosi w sobie destrukcyjny pierwiastek zła i uśpionej agresji, a całą życiową energię skupia na utrzymaniu władzy w Mieście Cudów, którego czuje się królem. Ale nie tylko on. Podobnie myślą o sobie Apacze, gang do złudzenia przypominający ten dowodzony przez Aleksa w „Mechanicznej pomarańczy” oraz, co najważniejsze, yakuza. Ta ostatnia, jako jedyna zresztą, ma dość utrzymywania w dzielnicy nędznego status quo, opartego na ściąganiu mikroskopijnych haraczy z drobnych sklepikarzy czy z chylących się ku upadkowi podrzędnych spelunek ze striptizem. Wszystko ma ulec diametralnej zmianie dzięki projektowi noszącemu nazwę „Plac Zabaw”, kuszącej wizji przebudowy wyspy w przynoszący krociowe dochody olbrzymi rodzinny park rozrywki. Swoją drogą, jest to bardzo przytomny, przewrotny i najbardziej niepokojący element fabularnej układanki. W czasach, gdy tzw. „rodzinna rozrywka”, dzięki ekspansji wielkich koncernów pokroju Microsoftu, Sony czy Nintendo, autentycznie schodzi pod strzechy, niwelując różnice pokoleniowe i generując zyski na skalę dotychczas niespotykaną, czego jest to objawem? Czy powszechny nakaz zabawy, jako główny bodziec kulturowych zmian, nie pojawia się zawsze w ostatnim stadium rozkwitu cywilizacyjnego, zapowiadając jej ostateczny rozkład i upadek? Czy to przypadek, że bohaterowie „Tekkonkinkreet”, dwójka dość bezradnych wobec rozlewającego się wokół morza nieprawości, policjantów, porównuje Miasto Cudów do starożytnego Babilonu? Kim w końcu jest niejaki Wąż, tajemniczy osobnik na usługach yakuzy, o wdzięku starotestamentowego kusiciela, mający zrealizować projekt „Placu Zabaw”?

Zresztą, to właśnie na charakterach opiera swą siłę „Tekkonkinkreet”. Pełnowymiarowe, soczyste, świetnie podane. W zasadzie nie ma tu wyraźnych podziałów na postaci pierwszo- czy drugoplanowe. Historia przyjaźni Białego z Czarnym jest rzecz jasna wiodąca, ale równie interesujące są losy Suzukiego czy chociażby jego protegowanego Kimury, których wzajemna relacja rozegrana została nieomal w szekspirowskich dekoracjach. Sporą satysfakcję daje także śledzenie losów poszczególnych bohaterów, rozpatrywanych w szerszym, symbolicznym wymiarze (Biały – Czarny, Szczur – Wąż, labirynt, Minotaur itd.), o którym jednak rozpisywać się tutaj nie będę, gdyż jest to temat na odrębny tekst. Mogę jednak zapewnić, że pod tym względem „Tekkonkinkreet” daje ogromne pole do popisu.

Mamy w końcu bohatera najbardziej fascynującego, czyli samo Miasto Cudów. „Tekkonkinkreet” to kolejny z niezbyt długiej listy filmów, które z czystym sumieniem mogę zaliczyć do grona wyróżniających się produkcji poświęconych tego typu bohaterom. Obok wielkiego „Texhnolyze”, wizyjnych „Cyber City Oedo 808”, „Kakurenbo”, „Metropolis” czy bardziej rozrywkowych pozycji pokroju „Black Lagoon”, to właśnie „Tekkonkinkreet” dopisał najciekawszą kartę tej historii, dając bardzo zwartą i konsekwentną wizję miasta-bohatera. To jeden z tych tytułów, który poprzez miejski pejzaż opisuje historie zamieszkujących go bohaterów. Zmienną koleją swych dziejów, latami świetności i upadku, znikania i pojawiania się kolejnych budowli (Miasto Cudów to nieustający plac budowy), kreśli duchową historię człowieka i cywilizacji jako takiej, patrzy w przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. I to również nie przypadek, że Trzecia Dzielnica swym kształtem przypomina otwarte szeroko w przestrzeń oko. Tak samo jak Biały nieustannie zdaje światu (Bogu?) raporty o swojej aktualnej kondycji materialnej i duchowej.

Wizualna strona „Tekkonkinkreet” nie odbiega od tego, do czego zdążyło nas przyzwyczaić Studio 4°C. Najkrócej można powiedzieć, że jest to dojrzała forma stylu, który wypracowany został przy okazji takich filmowych projektów, jak wspomniane już tutaj „Mind Game” czy chociażby „Noiseman Sound Insect”. Jest to zarazem dobra, jak i zła wiadomość dla wszystkich zainteresowanych filmem, w zależności od tego, czy „kupuje się” specyficzne podejście do obrazu filmowego twórców skupionych wokół Studia 4°C. Jest to styl tak odrębny względem tego, do czego przyzwyczaiła nas taśmowa produkcja anime, że trudno wobec tego faktu pozostać obojętnym. Ja raczej kupuję tę kanciastą, zdeformowana stylistykę. Nie przeszkadzają mi postaci o nerwowym, mocno uschematyzowanym rysunku, choć skłamałbym mówiąc, że jest to moja ukochana stylistyka. Oddać jej jednak trzeba to, że jest niezmiernie podatna na wszelkiego rodzaju formalne zabiegi, przez co obraz sprawia wrażenie, jakby nieustannie ulegał przeróżnym transformacjom. Co zresztą ma miejsce, szczególnie podczas scen „wizyjnych”, gdy różne techniki plastyczne wchodzą ze sobą w kapitalny dialog, na wzór pamiętnych „miłosnych” czy „boskich” scen z „Mind Game”. „Tekkonkinkreet” jest jednak od swego słynnego poprzednika o wiele bardziej rygorystyczny formalnie, być może dlatego, że w przypadku „Tekkonkinkreet” bardzo precyzyjny scenariusz nie dawał aż tak wielkiego pola do popisu animatorom. Nie znaczy to, że jest gorzej. Końcowe sceny filmu swoim plastycznym rozmachem i ładunkiem emocjonalnym bez problemu dorównują adekwatnym sekwencjom z „Mind Game”.

Odrębny akapit należy się muzyce, jako że mamy przy okazji „Tekkonkinkreet” do czynienia ze sporym wydarzeniem. Jest to bowiem rzadki w anime przypadek, gdy do produkcji stricte japońskiej zaprasza się twórców z innych kręgów kulturowych, w dodatku nie mających żadnego doświadczenia w tej dziedzinie. Brytyjski duet Plaid potraktował wyzwanie po swojemu. Nie jest to typowa muzyka ilustracyjna. Dźwięki wykreowane na potrzeby filmu spokojnie mogłyby znaleźć się na którejkolwiek z płyt zespołu. Szeroko rozumiany ambient, spuścizna nurtu IMD, tak charakterystycznego dla macierzystej wytwórni Plaid, WARP, czy czujne bity, zaadoptowały się w „Tekkonkinkreet” idealnie, dowodząc wielkiej uniwersalności obrazu, raz jeszcze przyznając rację idei „otwartości” Studia 4°C. Już teraz głośno jest o kolejnym projekcie Japończyków, „First Squad”, powstającym przy udziale twórców rosyjskich. Czyżby więc coraz bliższy był moment, w którym na nowo trzeba będzie odpowiedzieć sobie na pytanie, czym jest anime? „Tekkonkinkreet” to bardzo dobry punkt wyjścia dla tego typu rozważań.

Skomentuj tę recezję
Napisz komentarz do anime

Przykładowe kadry

Odnośniki

Twórcy

ReżyseriaMichael Arias
ScenariuszAnthony Weintraub
Scenopis graficznyChie Uratani, Hiroaki Ando, Kōji Morimoto, Masahiko Kubo, Michael Arias, Shoujirou Nishimi
MuzykaPlaid
Oryginalna mangaTaiyō Matsumoto
Projekt postaciShoujirou Nishimi
ScenografiaShinji Kimura
Reżyseria CGITakuma Sakamoto
DźwiękMitch Osias
Wykonanie piosenekAsian Kung-Fu Generation

Seiyū

W  ROLACH  GŁÓWNYCH
Kazunari NinomiyaKuro
Yuu AoiShiro
W  POZOSTAŁYCH  ROLACH
Kankuro KudoSawada
Masahiro MotokiHebi
Mayumi YamaguchiYoru
Min TanakaSuzuki
Nao OmoriChoco
Rokuro NayaJiccha
Tomomichi NishimuraFujimura
Yusuke IseyaKimura
Zapraszamy do rejestracji i logowania
(C) 2004-2008 Azunime.net  •  Wszelkie prawa zastrzeżone
Teksty zamieszczone w serwisie należą do ich autorów i są chronione prawem autorskim. Wykorzystywanie ich, w całości lub we fragmentach, bez zgody właścicieli jest zabronione, o ile regulacje w FAQ nie stanowią inaczej.
Zarejestruj