Uwaga! Ten opis wykonano na podstawie pierwszego odcinka. Recenzja serialu może brzmieć zupełnie inaczej!
Chirico Cuvie jest żołnierzem, pilotem wertykalnego czołgu – czym określa się niewielką maszynę kroczącą, wyposażoną w niezbyt wyszukaną broń. Jest to bardziej zbroja, nie posiadająca zresztą wyjątkowej wytrzymałości, niż mech. W tym świecie armie, wyposażone w tysiące takich maszyn, rozgrywają bitwy, które tak samo, jak w dawnych epokach pochłaniają setki ofiar.
Bitwa, do której go posłano, niczym nie różniła się od lądowania w Normandii podczas II wojny światowej. Desant nawet w zbroi z grubego metalu jest czymś strasznym, o czym przekonało się półtora tysiąca jego towarzyszy, których razem z nim pozostawiono w wodzie pod bezlitosnym ogniem przeciwnika. Chirico został ranny, ale jako jeden z niewielu, a może nawet jedyny przeżył to piekło...
Nie okrzyknięto go jednak bohaterem, ledwie żywego przerzucano z miejsca na miejsce, a kiedy trafił do szpitala, wcale nie traktowano go lepiej. Nawet tu mógł zostać zabity. Mimo wszystko jakoś doszedł do siebie, ale nie dano mu długo odpoczywać. Wraz z czterema innymi indywiduami, zostaje przydzielony do nowego zadania i ponownie wysłany na front...
„Sōkō kihei VOTOMS” to serial telewizyjny z 1983. roku, który prezentował trochę odmienne podejście do gatunku mecha, niż większość popularnych konkurentów, traktując owe maszyny jako proste narzędzia wojny, bez przydawania im statusu superbohaterów, jak to miało miejsce w „Gundamie” i wielu wcześniejszych produkcjach. Ryōsuke Takahashi, reżyser oryginału, zbiera co kilka lat ekipę i tworzy jakiś dodatek w formie OAV. Tym razem będzie to dwanaście odcinków, umiejscowionych chronologicznie przed wydarzeniami w oryginalnym serialu. Nie byłoby może nic w dodatku tym wyjątkowego, gdyby nie fakt wykorzystania w nim nowoczesnego oprogramowania do renderingu, które w niedalekiej przyszłości może się studiu Sunrise bardzo przysłużyć.
Krótko mówiąc, wygląda na to, że modelerzy z Sunrise potrafią uzyskać już efekty, jakie widzieliśmy w „Final Fantasy VII: Advent Children”. Oczywiście nie znaczy to, że „Pailsen Files” jest tak bogate w efekty i tak dopracowane, jak powyższy tytuł, ale zobaczymy tu sceny, których poziom techniczny niewiele odbiega od tego standardu. Efekty atmosfery, woda, cienie, światła, a przede wszystkim metalowe powierzchnie, robią świetne wrażenie. Mechy są wyraźnie metalowe i nie posiadają krystalicznie czystych powierzchni, jak to bywało w anime do tej pory. Widać na nich brud, zadrapania, przetarcia, czy lekką rdzę. Nawet światło odbija się na tych powierzchniach nierównomiernie, co potęguje wrażenie, niedoskonałej gładkości.
Nie wszystko jest tu renderowane. Niektóre sceny są zrealizowane w dwóch wymiarach, a postacie są rysowane tradycyjnie. Grafika 2D jest tu niestety zupełnie przeciętna, choć animacja postaci jest lepsza niż w regularnym serialu TV.
Wystarczy jednak o technice. „Pailsen Files” jest serialem poważnym, w którym nie ma miejsca na humor. Nie dziwi takie podejście u reżysera, który był pomysłodawcą „Blue Gender”. Będzie to zapewne taka żołnierska opowieść, gdzie zbieranina obojętnych sobie ludzi, pod presją ciężkich warunków wojennych, stworzy zgrany zespół, aby przetrwać to, co zafunduje im dowództwo, nie przejmujące się losem swych podwładnych. Nie przepowiadam temu anime genialnego rozwoju fabuły, ale już sama powaga sytuacji i dorosły wiek bohaterów świadczyć może o tym, że nie będzie to typowe anime mecha, podobnie jak wspomniane „Blue Gender”, gdzie kroczące maszyny także były zwykłymi narzędziami wojny, a ona sama namacalna.