„Hej, radosny ci to był dzień i prawdziwie odpustowy. Dzwony bimbały długo i te głosy jękliwe leciały we świat tak rozgłośnie, aż chwiały się źdźbła, aż płoszyły się ptaki, ale śpiżowe serca biły wciąż, biły miarowo, mocno i górnie, wynosząc się ku słońcu tą przejmującą pieśnią i wołaniem (...)”.
| odcinki | 25 x 25 min - łącznie 625 min | |
| przypisania | akcja, dramat, romans, mecha, science-fiction, kosmos | |
| produkcja | Satelight | |
| związane | Macross Zero (2002) - prequel dalszy Super Dimensional Fortress Macross (1982) - prequel dalszy Macross: Do You Remember Love? (1984) - nawiązanie Macross Plus (1994) - prequel dalszy |
|
| ta recenzja | Daldow (28.11.2008) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 7.70 |
Trendy towarzyszące japońskiej animacji zmieniały się w ostatnich dekadach dość dynamicznie, a okres ponad dwudziestu pięciu lat niewątpliwie uznać należy w świetle rozwoju zarówno rynku, jak i techniki, za kawał czasu towarzyszącemu anime. Takim pokaźnym stażem pochwalić może się jedynie kilka serii, choć nie da się ukryć, że w przypadku tych najbardziej kasowych, przetrwanie zapewnia na ogół zwykłe prawo ekonomizmu. Seria „Macross” w ostatnim telewizyjnym sezonie świętowała właśnie ćwierćwiecze swojego dorobku, a jego zwieńczeniem miał być nowy tytuł spod tego szyldu – „Macross Frontier”. W zasadzie przytaczanie chronologii tej serii jest tym razem zbędne (chętnych odsyłam do szczątkowych informacji w recenzji "Macross Plus"). W ramach obowiązku należy jednak przypomnieć, czym pierwotna intencja „Macrossa” była, tak abyśmy mogli dziś, po tych dwudziestu pięciu latach, stwierdzić, ile z oryginalnych idei pozostało.
Lata osiemdziesiąte na rynku japońskiej animacji były momentem pewnych zmian. Rynek w owym czasie na całego rozwinął swoje skrzydła, a machina marketingowa wyraźnie zataczała już kręgi wokół zorganizowanych grup fanów, nazywanych powszechnie otaku. Przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jest uznawany dodatkowo za czas pierwszego japońskiego pokolenia, które wolne było zarówno od traumy wojennej, jak i surowości stosunków społecznych dawnej Japonii. W takim to właśnie czasie powstało „Super Dimensional Fortress Macross”.
Wśród twórców tego tytułu znajdowało się wiele nieznanych w owym czasie nazwisk, związanych dość blisko z kręgami wspomnianej subkultury otaku. „Macross” nie był raczej wybitnie oryginalny na tle licznych wariacji na temat kosmicznych wojen, jego pacyfistyczny wydźwięk nie był też tak wyraźny jak chociażby ten z kilka lat starszego „Mobile Suit Gundam”, a przecież także inne, liczne tytuły tego okresu, zawierały w sobie silną, acz ze względu na militarny charakter specyficzną, treść antywojenną. Siła „Macrossa” drzemała w romantycznej, pełnej młodzieńczej naiwności wizji, poprzez którą twórcy postanowili jasno zaproponować substytut dla wojny. Korzystając z terminologii samego „Macrossa”, nazwijmy go „kulturą”, choć ze względu na niesamowitą obszerność znaczeniową, wypada zamknąć takową w klamrze macrossowego licencia poetica. Twórcy poprzez kreację społeczeństwa kosmicznej fortecy eksponowali to, do czego sami byli tak bardzo przywiązani, czyli rodzimej popkultury, z całym masowym asortymentem, jaki jej towarzyszy. Lynn Minmei jest uosobieniem zarówno kultu muzycznego idola, jak i całego popkulturowego świata, łącznie z popularnym nurtem animacji oczywiście. Twórcy „Super Dimensional Fortress Macross” zamknęli tę niezwykłą myśl w epickiej opowieści, którą pokochało setki tysięcy fanów nie tylko w samej Japonii (choć emitowany w USA „Robotech” jest w mojej opinii całkowicie nieudaną operacją kastracyjną, która odziera tytuł z większości walorów). Pierwsza część „Kosmicznej fortecy”, wbrew temu, co można by z tekstu wnioskować, nigdy nie miała być tytułem ambitnym, artystycznym, dla grona krytyków. Siłą „Macrossa” miała być masowość i rozmach, czyli to, co przypisywano fabularnej „kulturze”. „Super Dimensional Fortress Macross” to przede wszystkim swoisty manifest obecności ówczesnego pokolenia zarówno w całym społeczeństwie japońskim, jak i społeczności twórców anime. Był to kolejny – kto wie czy nie najważniejszy – etap rewolucji, którą zapoczątkowali ludzie z przyszłego Gainaksu w swoich legendarnych już dziś „Daiconach”. Wszystko to było ważniejsze aniżeli ambitna treść czy wyrafinowana forma, ponieważ dotyczyło samego sedna fenomenu japońskiej animacji,
Cechy szczególne „Macrossa” okazały się na tyle uniwersalne, że z bardziej (np. „Macross Plus”, „Macross Zero”) lub mniej („Macross 7”) ciekawym efektem były przekazywane przez te dwadzieścia pięć lat kolejnym tytułom spod macrossowej bandery. Poszczególne z nich kładły nacisk na zupełnie odmienne akcenty, w ten sposób mamy w obrębie kanonu do czynienia zarówno z tytułami poważnymi, jak i skierowanymi do młodej, niestety nierzadko mniej wymagającej grupy odbiorców animowanej rozrywki.
Dosyć jednak o przeszłości. Dwadzieścia pięć lat po wydaniu pierwszego „Macrossa”, bądź też – jak kto woli – pięćdziesiąt od zniszczenia przez Zentradi naszej rodzimej planety, znajdujemy się na pokładzie symbolicznie dwudziestej piątej floty kolonizacyjnej o wdzięcznej nazwie Macross Frontier. Jak na macrossową konwencję przystało, znajdujemy się w sporym kompleksie miejskim, w którym ludzie żyją równie zwyczajnie jak ponad pięćdziesiąt lat wcześniej na swej pierwotnej planecie. Miasto ma charakter multikulturowy, więc reprezentatywny dla wszystkich narodów dawnej Ziemi oraz dawnych wrogów – Zentradi. W zasadzie ciężko rozpisywać się o osadzonych w tej przestrzeni bohaterach – reprezentują oni mieszankę tego, co w „Macrossie” być powinno oraz tego, co żyjący w XXI wieku otaku chcieliby zobaczyć. Żeby było trochę bardziej bogato, oddano nam do dyspozycji aż dwie gwiazdki pop (każda z odmiennymi atrybutami moé) i kilku przystojnych pilotów (którym z żołnierskiej aparycji pozostały niestety głównie mundury).
Warto chyba w tym miejscu wyjaśnić w końcu, skąd na początku tekstu dotyczącego japońskiej animacji wziął się Reymontowski opis wiejskiego odpustu. Otóż, oglądając „Macross Frontier”, a szczególnie jego kwazi-kakofoniczny finał, nie mogłem wprost oprzeć się temu karkołomnemu porównaniu. Macross Frontier to moim zdaniem prawdziwy odpust dla otaku; festiwal pieśni, tańca i pojedynków w przestrzeni kosmicznej. To podniesiona do entej potęgi historia o potężnie patetycznym i rozrywkowym zacięciu, która ma unieść serca uradowanych fanów na wyżyny popkulturowego uniesienia. Nie szczędzono na niczym; nie można narzekać na brak intrygi, humoru (czasami niestety mocno skserowanego), a im bliżej finału, tym obficiej leje się wszędobylski dramat. Twórcy próbują ważyć klimat, przechodząc od beztroskich problemików natury oczywistej, do – jakże by inaczej – losu ludzkości – ba! – wszechświata, spoczywających na naszych dzielnych bohaterach. Twórcy „Macross Frontier” przyjęli widowiskowość i komercję (bez negatywnych konotacji z tym słowem związanych) za najważniejsze cechy ćwierćwiecznego dorobku, jakie ująć powinni w swoim tytule. Moim zdaniem w tym założeniu odnieśli umiarkowany sukces. „Macross Frontier” ma bez wątpienia epickie zacięcie, a liczne efektowne kosmiczne batalie pod tymi względami nie ustępują swoim najbardziej cenionym przodkom. Seria zbudowana jest na klasycznej dla współczesnego anime konstrukcji i szybko dokonuje samookreślenia. Od początku jest to serial młodzieżowy, acz z nutą rocznicowej nostalgii; dość miło przyjąłem bezpośrednie nawiązania do wcześniejszych tytułów serii Macross. To zawsze smakowity kąsek dla kogoś, kto darzy sentymentem bądź sympatią ten cykl.
Wracając jednak do tematu animowanego festiwalu. Trzeba otwarcie przyznać, że lud kosmicznej fortecy śpiewa, tańczy i bije kolejnego insektopodobnego przeciwnika bez cienia zażenowania, głównie dzięki realizacyjnej sprawności twórców „Macross Frontier”. Bez niej cały projekt rozbiłby się o własne specyficzne aspiracje. Aby temu zapobiec, do pracy nad serialem zaproszono najbardziej sprawdzonych i rzetelnych w swych dziedzinach twórców, począwszy od techników, na seiyū kończąc. Szczególne wrażenie robią trójwymiarowe projekty maszyn wykonane przez legendę tej dziedziny, Shōjiego Kawamoriego (ten pan zresztą jako nieoficjalny patron serii „Macross” kontrolował całość produkcji „Macross Frontier”). Zarówno ich szczegółowość, jak i płynna realistyczna animacja komputerowa wyznaczyły nowe graficzne standardy kosmicznej batalii. Reszta wizualiów najczęściej tak olśniewająca już nie jest, ale jak to na każdym szanującym się festynie – najważniejsze są fajerwerki!
Drugą osobą, która (jak zwykle zresztą) wykonała kawał dobrej roboty, jest znana szeroko (szerzej w świecie anime chyba już się nie da) Yōko Kanno. Odpowiada ona za całość kompozycji muzycznej w „Macross Frontier”, którą można śmiało podzielić na dwie części – pierwsza to objawiające się głównie w występach naszych popowych gwiazdek piosenki, druga zaś to dominująco symfoniczna ścieżka dźwiękowa tła. W przypadku tych pierwszych sprawa jest w zasadzie banalna – w założeniu i realizacji są to lekkie, łatwo wpadające w ucho piosenki, z powodzeniem mogące zostać wydane w formie wszelakich muzycznych pełnowymiarowych produktów, których wartość mierzy się głównie w jenach wypływających z portfeli japońskich konsumentów. Przyjmijmy, że pełnią one role festynowej gwiazdy disco polo. Kanno popisała się jednak przy właściwym soundtracku; kościelny organista gra utwory patetyczne, a zarazem dynamiczne i w pewnej mierze kompozycyjnie przewidywalne – dokładnie takie, jak w space operze być powinny. Muzyka w „Macross Frontier” jest różnorodna i spełnia chyba wszystkie zadania przed nią stawiane. Cytując więc redakcyjnego kolegę – całujmy Yōko Kanno w fortepian za jej solidną pracę nad kolejnym tytułem.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia do omówienia. Zapewne wśród czytających ten tekst znajdą się tacy, którzy odnosić będą wrażenie, iż całe to odpustowe porównanie służy podśmiewaniu się z naprawdę dobrego przecież tytułu, jakim jest „Macross Frontier”. Muszę z całą szczerością przyznać, że efekt ten jest całkowicie zamierzony. Nuty fałszywości, jakie się w pochwałach pod adresem najnowszego „Macrossa” pojawiają, są związane z podobnymi odczuciami, jakie miałem podczas seansu rocznicowego produktu japońskiej popkultury. I nie chcę być w tym temacie małostkowy; drobne, acz żenujące wpadki z łatwością puszczam w tym momencie w niepamięć. „Macross Frontier” to bowiem w ogólnym rozliczeniu sprawnie zrealizowany festyn odpustowy, który niewątpliwie godnie podejmuje komercyjny i masowy aspekt macrossowej sagi. Nie da się przecież ukryć, że pierwszy „Macross” stworzony był właśnie dla szerokiego odbiorcy animowanego medium, a nowy tytuł tej idei na pewno wierny pozostaje. W moim prywatnym odczuciu za tym wszystkim czai się jednak pewna kiczowata nieszczerość, przypominająca odpustowe dewocjonalia z malowanego na złoto plastiku. „Super Dimensional Fortress Macross” uwiódł mnie właśnie szczerą i romantyczną prostotą historii oraz entuzjazmem ekipy realizacyjnej. Tego niestety na pokładzie „Macross Frontier” już nie znalazłem. Może trzeba poczekać na następną flotę kolonizacyjną?
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Nadzór serialu | Shōji Kawamori |
| Reżyseria | Yasuhito Kikuchi |
| Kompozycja serialu | Hiroyuki Yoshino |
| Muzyka | Yōko Kanno |
| Pomysł | Shōji Kawamori |
| Projekt postaci | Risa Ebata, Yuichi Takahashi |
| Projekt obiektów mechanicznych | Junya Ishigaki, Takeshi Takakura |
| Fabuła | Shōji Kawamori |
| Projekt valkyrii | Shōji Kawamori |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Aya Endō | Sheryl Nome |
| Megumi Nakajima | Ranka Lee |
| Yuuichi Nakamura | Alto Saotome |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Hiroshi Kamiya | Mikhail Buran |
| Houko Kuwashima | Nanase Matsūra |
| Jun Fukuyama | Luca Angeloni |
| Katsuyuki Konishi | Ozma Lee |
| Kenta Miyake | Bobby Margo |
| Kikuko Inoue | Grace O'Connor |
| Sanae Kobayashi | Kathy Glass |
| Tomokazu Sugita | Leon Mishima |
| Tomomichi Nishimura | Howard Glass |
| Tōru Ohkawa | Jeffrey Wilder |