Uwaga! Ten opis wykonano na podstawie pierwszego odcinka. Recenzja serialu może brzmieć zupełnie inaczej!
Kojirō Ishida jest instruktorem kendo, opiekującym się przyszkolnym dōjō, w którym trenują się licealiści. Jego płaca jest tak niska, że ledwo wiąże koniec z końcem. Czasem brak mu nawet na jedzenie. Szkolny klub kendo także jest w nienajlepszym stanie, przynajmniej jeśli chodzi o załogę. Jedyną czynnie biorącą udział w treningach członkinią jest Kirino Chiba, która ma wielkie chęci i sporo samozaparcia. Pan instruktor nie wykazuje jednak zainteresowania w wytrenowaniu jej na poziomie, który umożliwiłby jej uczestnictwo w zawodach rangi państwowej. Właściwie można powiedzieć, że Kojirō nie traktuje poważnie tego, co robi zawodowo, tłumacząc swej podopiecznej, że to w końcu tylko szkolny klubik, do którego nikt zresztą nie zagląda.
Jego nastawienie zmienia się jednak po kolacji z kolegą po fachu, który chwali się, że zebrał w swym dōjō grupę dziewczyn, mogliby więc zorganizować mecz między oboma klubami. Oczywiście Kojirō próbował go zbyć brakiem personelu, ale kiedy z ust kolegi padła propozycja zakładu, od razu nabrał animuszu. Jeśli wygra mecz, będzie mógł przez rok jadać za darmo w knajpie, którą prowadzi ojciec jego rywala. Nasz bohater zaślepiony wizją takich oszczędności, zgodził się bez wahania, nie zdając sobie sprawy, jak ciężkiego podjął się wyzwania.
„Bamboo Blade” to anime sportowe z elementami komedii i prozy życia. Co ciekawe nie zaliczono go do kategorii shōnen, tylko seinen, choć w zasadzie ma wszystko co shōnen mieć powinien. Zapewne niezbyt odpowiednia postawa nauczyciela o tym zadecydowała. Może to i lepiej, bo gdyby Kojirō był idealistą, anime to byłoby podobne do wielu innych i przez to raczej nieciekawe. To tak, jak w GTO, gdzie główny bohater, będąc moralnie niepoprawnym, okazał się w istocie kimś więcej, niż tylko nauczycielem. Podobnego schematu spodziewam się tutaj, choć „Bamboo Blade” raczej tak dobrym serialem, jak GTO się nie okaże.