„Kakurenbo” to dwudziestopięciominutowa impresja na temat japońskiej odmiany zabawy w „chowanego”. Grupa dzieci trafia w pobliże ruin Starego Miasta, by tam wziąć udział w niebezpiecznej grze. Perełka anime - mroczna, wieloznaczna i bardzo klimatyczna.
| odcinki | 1 x 25 min - łącznie 25 min | |
| przypisania | horror, krótki metraż | |
| produkcja | Yamatoworks, CoMix Wave Inc., Dentsu | |
| ta recenzja | el doctore (28.07.2007) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 8.50 |
Jaką satysfakcję przynosi gra, której reguły są niejasne? Powie ktoś, że to żaden problem, wystarczy zagrać, by metodą prób i błędów próbować te zasady odtworzyć. Akurat. W przypadku otokoyo to wyjątkowo niefortunny pomysł, gdyż popełnianie błędów podczas tej gry nie jest przewidziane i próba jest tylko jedna. Potem nie ma już nic. Jak głosi plotka przekazywana z ust do ust przez rozgorączkowane dzieci, nie udało się odnaleźć nikogo z poprzednich uczestników zabawy w otokoyo. Ktoś trwożnie szeptał o demonach.
Nie sposób uwolnić się od uporczywych pytań. Dlaczego podczas zabawy w otokoyo trzeba przywdziewać lisie maski? Przecież to wzbudza poważne podejrzenia i wątpliwości. Kitsune ma bowiem tę właściwość, że potrafi zwęszyć każdą kryjówkę, odnaleźć w sercu człowieka ścieżkę do najgłębiej skrywanych sekretów. Poza tym, przybiera różne postaci, posługuje się iluzją, może więc być każdym z uczestników gry, ale tylko jednym z nich jest naprawdę. Jak można łudzić się nadzieją, że się przechytrzy lisa, chociaż słowo „nadzieja” nigdy w kontekście gry w otokoyo nie padło.
Potrzeba siedmioro dzieci, by zacząć grę. Bez obaw, ochotnicy się znajdą. Trafią w pobliże ruin Starego Miasta na pewno – każde na swój sposób i z sobie tylko znanych pobudek. Drogowskazy ukryte są w labiryntach ulic, gdy zapalają się światła i neony, stają się jasne i czytelne. Przybędą, wiedzeni legendą o Mieście Demonów, na swoją jedyną próbę.
Tak jak tych siedmioro: Hikora w towarzystwie przyjaciela Yaimao, wiecznie głodny Boss ze swoją strażą przyboczną w postaci Tachijiego i Suku oraz tajemnicza para milczących bliźniaków Inmu i Yanku. Jest jeszcze ósme dziecko, dziewczynka, która na miejscu zbiórki pojawiła się bez jakiegokolwiek towarzysza. Miało być siedmioro, jest ósemka, ale nikt tym sobie nie zawraca głowy, bo tu wszystko jest dziwne i inne, a gra otokoyo rządzi się swoimi zasadami. Zasadami, których tak naprawdę nikt do końca nie zna.
„Kakurenbo”, 25 minutową animowaną impresję na temat japońskiej odmiany zabawy w „chowanego”, stworzyło praktycznie dwoje ludzi: Syuhei Morita (reżyseria, scenariusz, storyboardy) i Daisuke Sajiki (tła, design postaci). Pomimo stosunkowo młodego wieku – obaj nie przekroczyli jeszcze trzydziestego roku życia, w środowisku twórców anime nie są postaciami anonimowymi. Trudno sobie wyrobić lepszą rozpoznawalność niż praca w Studio 4°C, jeszcze podczas studiów, gdzie Morita i Sajiki pracowali nad anime „Kamikaze Douga”. Po trzech latach terminowania w 4°C, zaczęli działać na własną rękę, by w końcu podjąć decyzję o założeniu Yamatoworks. „Kakurenbo” z roku 2004 było pierwszą produkcją stworzoną pod tym szyldem.
Inspiracją do powstania anime był cytat, zaczerpnięty ze zbioru podań ludowych „Życie w górach” Kunia Yanagidy, ojca japońskiej etnografii:
„Nigdy nie bawiłem się w nocy w chowanego, nawet na ruchliwych ulicach Tokio. Jeśli to zrobisz, zostaniesz zabrany przez demony”.
Zawarte w tym cytacie motywy: miasta i dziecięcej zabawy w „chowanego”, posłużyły Moricie i Sajikiemu za punkt wyjścia do niezwykle oryginalnej impresji filmowej, która przyniosła im rozgłos oraz wiele prestiżowych nagród, min. na festiwalach Tokyo Anime Fair, Fantasia Film Festival i Seoul International Cartoon & Animation Festival.
Skąd tyle atencji i uznania wobec tej niespełna 25 minutowej produkcji, popartej nie tylko wyróżnieniami festiwalowymi ale równie gorącym przyjęciem wśród wielbicieli anime? Odpowiedź na to, z pozoru proste, pytanie nie jest łatwa. „Kakurenbo” jest bowiem obrazem, który zyskuje z każdą kolejną projekcją, odsłaniając przed odbiorcą co rusz nowe pokłady interpretacyjnych możliwości. Dzieje się tak z zapewne dlatego, że „Kakurenbo” mocno naznaczone jest treściami symbolicznymi, pełne kulturowych cytatów, wypełniających w sumie prosty fabularny szkielet. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że „Kakurenbo” może służyć za przykład idealnego postmodernistycznego samograju, gdzie żonglowanie cytatami doprowadzono do perfekcji. Siłą rzeczy nie będę okrutny i nie zepsuję zabawy tym, którzy lubują się w tropieniu powyższych, ale już chociażby wspomniany na początku recenzji motyw miasta jako labiryntu, miasta – molocha, dziecka jako nosiciela tajemnicy, cały arsenał inspiracji wywodzący się z ludowości i religijności japońskiej (Shintō), pokazuje na czym polega ta zasada, zapewniająca wystarczającą ilość pasjonującej intelektualnej rozrywki. Przypominam, że to wszystko „upchnięto” w 25 minutach filmu, ani przez moment nie dając odczuć odbiorcy, że ma do czynienia z obrazem przeładowanym – wręcz przeciwnie – „Kakurenbo” ogląda się świetnie, chce się do tego anime powracać wielokrotnie. Wiem, bo sam tego doświadczyłem.
Zasługa w tym twórców, bardzo sprawnie poruszających się w obszarze tradycji japońskiego folkloru, wierzeń religii Shintō, dzieł wspomnianego Yanagidy, ale przede wszystkim kapitalnie wygranego tematu, jakim jest zabawa w „chowanego” (otokoyo). Już na poziomie nazewnictwa pojawia się tutaj ciekawy kontekst interpretacyjny: w japońskiej wersji zabawy w „chowanego”, osoba która “kryje”, mająca za zadanie odnaleźć pozostałych uczestników zabawy, nazywa się „oni”. Japoński rzeczownik „oni” oznacza w potocznym języku „demona” (thx a_a). W terminologii Shintō, jest nazwą własną złego demona, przynoszącego nieszczęście. Grzechem byłoby przeoczyć w scenariuszu tak atrakcyjną i tak arbitralnie narzucającą się analogię. Poprzez mnożenie tego typu warstw znaczeniowych (lis – kitsune, motyw masek), samo podążanie tropem fabuły „Kakurenbo” niepokojąco przypomina grę w chowanego. Osobne słowa uznania należą się twórcom za kreację postaci, opisanych dosłownie kilkoma gestami, pojedynczymi zdaniami, co w zupełności wystarcza, by móc się w pełni z nimi emocjonalnie solidaryzować.
Wszystko to oczywiście nie mogłoby zagrać, gdyby nie doskonała strona wizualna filmu. Co prawda, nie należę do zwolenników animacji generowanej komputerowo, ale w przypadku „Kakurenbo” trzeba by było włożyć sporo złej woli, by uznać efekt końcowy za nieudany. Zastosowanie cel shadingu w sposób prawie doskonały „rozbroiło” trójwymiarową grafikę, nadając jej miękkości i charakteru klasycznej animacji. Pracę komputerów widać jedynie w niektórych ujęciach ruchu postaci czy dość statycznej pracy kamery podczas ukazywania planów ogólnych.
Jednak wszystkie te drobne mankamety przestają mieć znaczenie wobec kapitalnej pracy oświetlenia, stanowiącego jeden z najważniejszych środków narracyjnych w filmie. Sceną zabawy w otokoyo są wąskie uliczki Starego Miasta, mroczne przejścia, niedoświetlone korytarze, opuszczone pomieszczenia. Każdą z wymienionych przestrzeni oświetla inne źródło światła. Źródło światło w „Kakurenbo” zawsze jest na pierwszym planie: pulsujące, przygasające, rozdygotane lub niszczone przez goniących na oślep w ciemnościach bohaterów, efekt ten nadaje obrazowi waloru onirycznej umowności.
Odrębny akapit należy poświęcić oprawie dźwiękowej anime. Stoi za nią dwoje twórców – Karn Nakano i Reiji Kitasato. Krótki metraż wydaje się być z pozoru niewielkim wyzwaniem, przeliczając to na ilość potrzebnego materiału, Jednak specyfika miejsca w którym rozgrywa się akcja filmu i tematyka, absorbująca elementy rzeczywistości nadprzyrodzonej, pozwoliła autorom oprawy dźwiękowej na bardzo dużą swobodę twórczą. Muzyka w „Kakurenbo” jest błyskotliwym popisem kreacji oraz precyzji formalnej, perfekcyjnie puentuje niemal każdą sekundę obrazu. Nie ma tutaj zbyt częstej sekwencji powtórzeń. Tło dźwiękowe emanuje na przemian odgłosami miasta, psującej się instalacji elektrycznej, odgłosami elektrycznych wyładowań, metalicznych uderzeń. Muzyka oscyluje w rejonach mrocznego ambientu, co raz przełamywanego industrialnymi bitami, dźwiękami kotłów czy mnisimi zaśpiewami. Jest to naprawdę udana mieszanka, nie pozostawiająca widza obojętnym wobec sytuacji dziejących się na ekranie.
Podsumowując: „Kakurenbo” to mroczna impresja, prawdziwe eldorado dla tych, którzy nastawieni są w odbiorze dzieła przede wszystkim na dialog, intensywną dawkę kulturowego ekstraktu i emocji. To anime dla ludzi lubiących podejmować grę z wieloznacznością symboli, podróżujących z odwagą krzyżującymi i rozwidlającymi się ścieżkami możliwości interpretacyjnych.
Pamiętajcie tylko o tym, że tak naprawdę nikt do końca nie zna zasad gry w otokoyo i z tropiciela, łatwo można stać się tropionymi.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Shuhei Morita |
| Scenariusz | Shiro Kuro, Shuhei Morita |
| Scenopis graficzny | Shuhei Morita |
| Muzyka | Karin Nakano, Reiji Kitasato |
| Projekt postaci | Daisuke Sajiki |
| Tła | Daisuke Sajiki |
| Grafika komputerowa | Kodai Sato, Shuhei Morita |
| Pomysł | Shiro Kuro, Shuhei Morita |
| Reżyseria dźwięku | Kisuke Koizumi |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Akiko Kobayashi | Suku |
| Junko Takeuchi | Hikora |
| Makoto Ueki | Yaimao |
| Masami Suzuki | Sorincha |
| Mika Ishibashi | Tachiji |
| Rei Naitou | Noshiga |