Uniwersum „Nieśmiertelnego” tym razem w konwencji anime. Główny bohater, Colin MacLeod, poszukiwać będzie zemsty za zbrodnie sprzed tysięcy lat, a towarzyszyć mu będą eksplozje, strzały i szczęk zderzającego się ostrza. A wszystko to w reżyserii Yoshiakiego Kawajiriego. Przygotujmy się na mocne kino akcji...
| odcinki | 1 x 86 min - łącznie 86 min | |
| przypisania | akcja, sf, nadprzyrodzone | |
| produkcja | Madhouse | |
| animacja | Madhouse | |
| ta recenzja | Daldow (18.07.2007) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 6.00 |
Całkiem niedawno, przy okazji oglądania „Afrosamuraja”, mieliśmy okazję rozpoznać bardzo wyraźną tendencję tworzenia tytułów anime już pierwotnie skierowanych do publiczności amerykańskiej. Ta specyficzna konwersja kulturowa tworzyła dość ciekawy efekt, a jednocześnie spełniała swoją domyślną rolę – napojenia spragnionych nieskrępowanej rozrywki widzów. Tytuł ten przełamał moim zdaniem kolejną barierę w procesie okcydentalizacji anime. Szybko okazało się jednak, że nasz czarny samuraj nie był samotnym pionierem amerykańskich dzikich prerii, jego śladem ruszyły bowiem kolejne tytuły, a wśród nich i ten będący przedmiotem niniejszej recenzji.
Pamiętacie nieśmiertelnego Connora MacLeoda? Tak, to ten z ponurym wyrazem twarzy, kataną u swego boku i szczególną tendencją do przyciągania kłopotów. Po kilku kasowych filmach szkocki góral zrobił zawrotną karierę, stając się pośrednim lub bezpośrednim bohaterem komiksów, nowel, książek, seriali telewizyjnych, a nawet amerykańskiej produkcji animowanej. Można chyba śmiało powiedzieć, iż postać ta na stałe znalazła miejsce w zachodnim dorobku popkulturowym. Twórcy jednocześnie dobitnie pokazali nam, iż popularny cytat Może pozostać tylko jeden nie odnosi się do ilości produkcji traktujących o uniwersum „Nieśmiertelnego”. Tym razem mit nieśmiertelnych schronił się bowiem pod skrzydłami troskliwych twórców japońskiej animacji, czego owocem jest właśnie „Highlander: The Search for Vengeance”.
Historia naszego protagonisty, Colina MacLeoda, rozpoczyna się w starożytności, w okresie rzymskich podbojów Brytanii. Nasz bohater jako przywódca jednego z plemion postanawia poprowadzić swoich ludzi do walki przeciw przeważającym siłom rzymskim. Sprzeciwia się temu jego żona, Moya, która postanawia na własną rękę nie dopuścić do walki. Wybiera się do obozu Rzymian, a tam udaje jej się skrytobójczo zgładzić ich przywódcę – Marka Oktawiusza. Coś jednak poszło nie tak. Dowódca legionów jakimś cudem przeżył. Cała wioska z jego rozkazu została wybita i zrównana z ziemią, a Moya zginęła w męczarniach tej samej nocy. Przeżył tylko Colin, który od tego momentu przez ponad 2000 lat będzie szukał zemsty. Jest rok 2187, nadszedł czas na kolejne, tym razem decydujące, starcie śmiertelnych wrogów.
Powiedzieć, że scenariusz nie zachwyca, byłoby niemalże eufemizmem. Jego autorem jest David Abramowitz, osoba dotychczas trudniąca się pracą przy kilku mało udanych serialach telewizyjnych. Szybko okazuje się, iż w ramach stworzonego przez niego scenariusza, otrzymaliśmy boleśnie przewidywalną i banalną fabułę. Wszelkie wątki poboczne wydają się mieć tutaj znaczenie nieistotne i służą jedynie jako tło dla zbliżającej się ostatecznej konfrontacji antagonistów. Szkoda, że nie pokuszono się o stworzenie ciekawszego tła wydarzeń. Gdyby nadano mu bardziej mroczny i sugestywny klimat, znacznie sprawniej udałoby się wtedy ukryć liczne dziury w scenariuszu. Linii fabularnej nie pomagają sztampowi bohaterowie. Naturalnie, protagoniści produkcji spod znaku dotychczasowej twórczości Yoshiakiego Kawajirego nigdy nie grzeszyli szczególną oryginalnością, jednak prawie zawsze posiadali w sobie tę nieokreśloną wieloznaczność i aurę tajemniczości, która działała jak magnes na widza. Tutaj tego nie ma. Pozostaje więc jedynie zimny, opętany żądzą zemsty główny bohater, który okazuje się niesamowicie płaski, pozbawiony wielowarstwowej osobowości, kierowany tymi samymi pobudkami, co bohaterowie prymitywnego kina akcji. Niewiele lepszy w tej materii okazuje się być czarny charakter, owładnięty z kolei myślą o „rzymskich ideałach” (to, jak twórcy pojmują owe tajemnicze idee, pozostaje w nieco mglistym ujęciu), a w rzeczywistości będący klasycznym schematycznym czarnym charakterem bez jakichkolwiek cech szczególnych. Duży wpływ na niską ocenę scenariusza mają dialogi. Napisane sztucznie i patetycznie, potęgują także wrażenie niskiego poziomu kreacji postaci. Te ostatnie zaś sprawiają jeszcze gorsze wrażenie w zestawieniu z tragicznym doborem aktorów głosowych. W „Afrosamuraju” do współpracy zaproszono znanych hollywoodzkich aktorów, którzy nierzadko potrafili przekazać także cząstkę własnego stylu każdej z postaci. Niestety, z całkowicie nieznanych przyczyn (czyżby wszelkie finanse przekazane zostały rysownikom?), role w „Highlanderze” otrzymali ludzie na co dzień robiący dubbing (dodajmy, że nieudolnie) do oryginalnych japońskich ścieżek dźwiękowych. To właśnie gra aktorów okazała się elementem, który tak dramatycznie obniżył przyjemność z seansu.
Co więc pozostało, spytacie? Otóż okazuje się, że całkiem sporo: eksplozje, pojedynki, bitwy uliczne i wszelka miara dynamicznej akcji, która szybko staje się dominantem przysłaniającym jakiekolwiek inne elementy.
Wszyscy przecież wiemy jednak, że nie o skomplikowaną fabułę chodzi w filmach reżyserowanych przez Yoshiakiego Kawajiriego. Specyficzne dla tego twórcy kadrowanie oraz umiejętność tworzenia osobliwej aury to niewątpliwie talent, z którego reżyser umiejętnie korzysta. Jest on bowiem jednym z niewielu twórców, który nie boi się korzystać z trendów popularnych w anime na przełomie dekad lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Diabelnie męska, drastyczna i często gore’owa przemoc przeplatana z wulgarną erotyką to znane atrybuty jego produkcji. Szkoda jednak, że oglądając „Highlandera” miałem wrażenie jedynie naśladowania tej minionej epoki, nie zaś jej pełnego uczestnictwa w tym – wydawałoby się pozornie – zamkniętym rozdziale animacji. Zabrakło m.in. tej gęstej jak, nomen omen, szkocka mgła atmosfery, która charakteryzowała wczesne prace tego reżysera.
Oczywistym jest, że tworząc anime nastawione na akcję, szczególną uwagę zwracać powinno się na atrakcyjność audiowizualną. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę twórcy z Madhouse, którzy pokazali nam spory kawałek swoich umiejętności.
Tła są bogate, zarówno gdy mówimy o tradycyjnym rysunku, jak i często popełnianych obiektach trójwymiarowych. Te ostatnie w dominującej części zostały wykonane bardzo starannie, a dopełnienie rysunkiem wydawało się mieć harmonijny, a zarazem dość stylowy charakter. Najlepsze wrażenie robi dokładna animacja tradycyjna, szczególnie ta postaci. Staranność rysunku konsekwentnie trzyma wysoki poziom, a twórcy nie oszczędzali na ilości klatek. To wszystko nadaje wrażenie prawdziwie widowiskowego igrzyska wizualnego. Przy okazji postaci warto również zwrócić uwagę na ich szczególny projekt. Odpowiadał za niego Hisashi Abe, znany części fanów anime z tej samej roli w „Final Fantasy VII: Last Order”. Specyficzne, dokładniejsze odwzorowywanie rysów twarzy oraz silne inspiracje zachodnią szkołą rysunku to znaki szczególne tego twórcy. Poprawki naniesione przez znanego reżysera powodują zaś, że postaci doskonale wpisują się w kontekst graficzny i tworzą, że użyję modnego terminu marketingowego, nową jakość. Jak zwykle godny uwagi jest projekt maszyn – dokładny i pomysłowy. Chłodna kolorystyka, utrzymana w sporej gamie odcieni szarości, znacznie zaś wspomaga mroczny postapokaliptyczny klimat. Również oprawa muzyczna stoi na zadowalającym poziomie. Nie są to kompozycje wyjątkowe ani oryginalne, ale stanowią bardzo dobre tło dla dynamicznych wydarzeń na ekranie. W większości będzie to klasyczny orkiestrowy soundtrack, w znacznie mniejszej mierze kompozycje z elementami hardrocka i muzyki etnicznej. Całość pozostawia pozytywne wrażenia, choć reprezentuje raczej przeciętny poziom zachodniej szkoły muzyki filmowej
„Highlander: The Search for Vengeance” to dobry film akcji w szalenie imponującej oprawie graficznej. Na mnie zadziałał jak pozostałe filmy Yoshiakiego Kawajirego – pozwolił zatopić się w świecie prymitywnie męskiej rozrywki, w której przemoc i seks gra rolę stymulanta, który niczym adrenalina przyśpieszająca krążenie, po jakimś czasie pozostawia jedynie zatarte wrażenie i uczucie błogości. Jeśli więc szczęk zderzających się ostrzy i wybuchy na masową skalę wywołują u ciebie dreszczyk emocji, to sięgaj po ten tytuł. Film polecałbym także zatwardziałym fanom prac Yoshiakiego Kawajiriego. Jego nazwisko nie odgrywa tu bowiem roli jedynie marketingowego wabika. Widać tu jego wyraźny i przez wielu uwielbiany styl, choć w moim mniemaniu „Highlander” nie jest tytułem, z którego Kawajiri mógłby być w przyszłości szczególnie dumny.
Niestety, osoby, które nie traktują akcji jako wartości samej w sobie oraz nie lubują się w dotychczasowej konwencji prac Kawajirego, będą zdecydowanie rozczarowane banalną, przewidywalną fabułą, kiepskimi dialogami i, przede wszystkim, drewnianym aktorstwem. To wszystko grzechy, których nie jest w stanie odkupić ani stylistyka znanego reżysera, ani sztab utalentowanych animatorów z Madhouse. „Highlander” w najlepszym razie nadaje się w tych przypadkach jedynie na ekspresowy i niezobowiązujący seans w gronie rozbawionych przyjaciół.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Yoshiaki Kawajiri |
| Projekt postaci | Hisashi Abe |
| Reżyseria animacji | Hisashi Abe |
| Projekt obiektów mechanicznych | Masami Ozone |
| Dialogi | David Abramowitz |
| Muzyka | Jussi Tegelman, Nathan Wang |
| Wykonanie piosenek | HIM |
| Twórca oryginału | Gregory Widen |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Alistair Abell | Colin MacLeod |
| Eid Lakis | Dahlia |
| Zachary Samuels | Marek Oktawiusz |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Hank Banks | Joe |
| Janyse Jaud | Kyala |
| Jim Byrnes | Doc |
| Kathleen Barr | Moya |
| Scott McNeil | Amergan |
| David B. Mitchell | Malike |
| Emma Fairley | Deborah |
| Jim Byrnes | Rudy |