Uwaga! Ten opis wykonano na podstawie pierwszego odcinka. Recenzja serialu może brzmieć zupełnie inaczej!
Ikuto pokłócił się z ojcem i uciekł z domu. Trafił na pierwszy z brzegu statek i tu zaczął prześladować go pech. Wypadł za burtę podczas sztormu, a kapitan statku uznał, że w taką pogodę nikogo nie uda się uratować, więc na pożegnanie rzucił biedakowi koło ratunkowe. W następnej chwili pochłonęła go wysoka fala. Dziesięć dni później, na wpół żywy, został wyciągnięty na brzeg małej japońskiej wyspy, kompletnie odciętej od świata. Uratowała go bardzo miła dziewczyna imieniem Suzu, której powierzono opiekę nad przybyszem. Dowiedział się, że od 130 lat nikt wyspy nie odwiedził i że mieszkają tu same dziewczyny. Przybył do raju – taka była jego pierwsza myśl – szybko jednak zmienił zdanie, kiedy się okazało, że jest ścigany przez tabuny dziewczyn, chętnych gotowania mu, mycia pleców, umawiania się na randki i wielu innych rzeczy, o których wolał nie myśleć, bo powodowało to natychmiastowy intensywny krwotok z nosa. Postanawia uciec z wyspy, ale pech, złośliwość natury i głodne męskich uroków dziewczyny nie pozwolą mu tak łatwo umknąć przeznaczeniu...
Typowa haremówka z umiarkowaną dawką fanserwisu i niezbyt mądrym humorem, który jednak potrafi rozśmieszyć i to chyba liczy się najbardziej. W pierwszym odcinku widzimy bardzo typowe i schematyczne gagi, takie jak nieumyślne męczenie bohatera przy próbie ratunku, sztuczne oddychanie, gorąca kąpiel w towarzystwie dziewczyny i oczywiście masa krwotoków z nosa, ale mimo wszystko, widok polujących dziewczyn na biednego Ikuto, jest naprawdę zabawny. Seria może okazać się sympatyczna, ale już wiadomo, że ponad przeciętność się raczej nie wybije, a o jakiejkolwiek oryginalności możemy zapomnieć. Fanom haremówek to jednak nie przeszkodzi i sądzę, że znajdzie wielu zwolenników. Graficznie prezentuje się bardzo przeciętnie, ale nie odrzuca i może się podobać. Muzyka jest niezła, a Yui Horie w roli Suzu wypada bardzo miło.