| Redaktor | ![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ocenione tytuły | Lista |
| Daldow | 7.5 | 7.3 | 7.7 | 8.0 | 7.4 | 104 | Zobacz |
| Dark Rael | 7.0 | 8.0 | 8.0 | 8.5 | 8.2 | 238 | Zobacz |
| PiotrSan | 8.8 | 7.0 | 10.0 | 10.0 | 9.0 | 55 | Zobacz |
| XRay | - | - | - | - | 8.8 | 224 | Zobacz |
| Średnia | 7.8 | 7.4 | 8.6 | 8.8 | 8.4 | ||
Tekst ten powstał ponad rok temu jako pierwotna recenzja tego tytułu. Postanowiłem jednak wstrzymać jego publikację i dokonać drobnych kosmetycznych zmian do zaprezentowania go jako opinii, Z tego wynika jej nietypowa długość, która mam nadzieję nie zniechęci ewentualnych zwolenników krótkiej i skondensowanie rzeczowej opinii do jakich są przyzwyczajeni.
Yuri to termin dość nieprecyzyjny i przez to trudny do zdefiniowania. Tak samo zaś jak sam termin ucieka przed jednoznacznymi klasyfikacjami, tak samo tytuł, który chciałbym dziś zaopiniować umyka nieco swojej konwencji. „Simoun” w tym przypadku wydał mi się produkcją ciekawą, którą warto rozpatrywać w różnych ujęciach. Niewątpliwie z wymienionego powodu trudno o jednoznaczne oceny. Z jednej strony przychodzi mi oceniać delikatnie zarysowany romans shoujo-ai, z drugiej zaś dramat wojenny osadzony na pograniczach świata science-fiction oraz fantasy.
Jako dość surowy krytyk romansów, powstrzymam się od bardziej szczegółowych ocen tego elementu. W subiektywnym odczuciu wydawał się on dość strawny i interesujący mimo sporej dozy schematyczności. Nazbyt często obok subtelnych i ciekawych ujęć występują te jakże odmienne; banalne i ckliwe, wyjęte niczym z opery mydlanej. Ciężko mi to było zaakceptować.
Znacznie szerzej opisze elementy, które są mi wyraźnie bliższe. Zacznijmy od motywu „sybilli” (termin prawdopodobnie zaczerpnięty od nazwy pra-chrześcijańskich kapłanek, które zajmowały się głoszeniem proroctw) - kapłanek Boga - Tempus Spatiemus (w wolnym tłumaczeniu „czasoprzestrzeń”). Motyw nazewnictwa może i ciekawy, ale jak to w przypadku japończyków – raczej istniejący ku uciesze wikipedystów. Znacznie ciekawiej wygląda świat przedstawiony, choć walka „czystej” i niemal baśniowej krainy z wysoce stechnicyzowanym i uprzemysłowionym państwem do oryginalnych nie należy. Zdecydowanie rozczarowałem się jednak rozwinięciem jej idei. Po początkowych obfitych informacjach o samym Simulacrum jak i otaczających go państwach, nagle wątek ten zostaje urwany i pozostawiony w środku rozwinięcia. Zagadnienia polityki międzynarodowej zostały również zbanalizowane i nie wykraczają niestety poza „animową” przeciętność. Obiecujące także mogło się wydawać poznanie samej teokracji. Jej charakterystycznej kastowości, związków religii z polityką i życiem społecznym. Twórcy kolejny raz byli na doskonałej drodze. Ukazano kilka ciekawych elementów, przede wszystkim relacje sfery sacrum i profanum. Rozwinięto ten wątek nawet dość przyzwoicie jak na normy anime. Niestety, i tu twórcy postanowili pozostać na tym skromnym etapie, a nawet w dalszej części często niweczyć to, co wcześniej z powodzeniem tworzyli.
Znacznie bardziej udane było zaś wplecenie sakralnych wątków do dylematu dramatu wojennego. Paradoks miłującego pokój Boga, oraz śmiercionośnych machin używanych w jego imieniu był przekonujący i niemal konsekwentny. To samo tyczy zwątpienia. To co było „modlitwą” staje się „pilotowaniem”, to co kiedyś było oddawaniem hołdu Bogowi, teraz było tylko atakiem przeciw wrogom. To mimo wszystko bardziej nietypowe podejście do dramatu wojennego i jako takie warte zauważenia.
Największy problem w gruncie rzeczy sprawiło mi określenie o czym tak właściwie jest to anime. Rozczarował mnie nieco brak jasnej koncepcji odnośnie całości tytułu a niezbyt poukładane historie sprawiają tak częste w anime wrażenie improwizacji. Aby jednak nie popaść w przesadny krytycyzm - naturalny w przypadku oceny zmarnowanego potencjału - muszę nieco zbilansować oceny. Tak, więc pochwalić można anime za zrównoważone tempo akcji. Fabuła „Simoun” ulega kilku rozgałęzieniom, choć przyznam, iż obok tych powodujących interesujące zwroty akcji, istniały i takie które wydawały się być obiecujące, a jednak ich rozwiązanie koniec końców było błahe i bezceremonialne.
Dla wielu jednak esencją tego tytułu nie będą wymienione przeze mnie elementy a coś zupełnie innego. Może więc będą to bohaterki ? Mimo łatwości z jaką przywiązujemy się do nich, trzeba przyznać, iż w większości nie posiadają one żadnego wysublimowanego i oryginalnego zestawu charakterologicznego. Co więcej, niektóre są wręcz pod tym względem sztampowe i łatwe do klasyfikacji. Kluczem do owej esencji nie będą także relacje między nimi. Te mimo świeżości i niebanalności wielu rozwiązań nadal w gruncie rzeczy sprowadzają się do schematu romansowego gatunku.
Pod tymi wszystkimi warstwami jakie dotychczas omówiłem może kryć się coś innego. Wydaję się, iż „Simoun” to kolejna opowieść o dorastaniu - historia o genezie oraz o istocie własnych decyzji i wreszcie o konsekwencjach tych decyzji. Losy samych bohaterek okazują się więc drogą do własnego spełnienia i wybrania drogi życia. Oczywiście, motyw dorastania i szukania celu w życiu jest w anime (i nie tylko) wszechobecny i popularny. „Simoun” podaje jednak to w dość nietypowym, momentami nawet urzekającym „akompaniamencie”, i może być wart zainteresowania widzów lubiących taki właśnie typ moralistyki.
Oprawa graficzna serii jest dość nietypowa i na nietypowość tą składa się kilka elementów. Pierwszym jest specyficzne wykonanie tła. Nie zachwyci ono bogactwem szczegółów i precyzją wykonania. Co więcej, w momencie w którym tło przestaje odgrywać aktywną rolę w wydarzeniach, staje się skrajnie uproszczone. Wydaje się być rysowane niczym kredką, cienie zaznaczone są w sposób charakterystyczny dla mangi, zmienność kolorów zaś wywoływana jest odmiennym kątem wypełniania. Rozwiązanie to nie dość, że pozwoliło twórcą na znaczne oszczędności to jednocześnie stworzyło całkiem miły dla oka i ciekawy efekt nieco podkreślający „baśniowość” tego tytułu. Ciekawie też prezentują się sceny które w pewnych momentach przechodzą w stateczną ilustrację (prawdopodobnie są to fragmenty mangi).
Wobec wymienionego rozwiązania odnośnie tła, zaskakiwać może śmiałe wykorzystywanie grafiki komputerowej w projekcie maszyn. Takie rozwiązanie z jednej strony zaskakuje, bo twórcy w ten sposób mogli zapomnieć o harmonii obrazu, z drugiej jednak nie dziwi zważywszy na fakt iż trójwymiarowe, ruchome obiekty najczęściej wyglądają znacznie lepiej od tradycyjnych. Twórcy wybrnęli z tego ambarasu dosyć zgrabnie stosując łagodzącą przejścia kolorystykę (utrzymaną w początkowo uciążliwych, pastelowych barwach). Obiekty trójwymiarowe najczęściej łączą się dość łagodnie z odcieniami „kredkowanego” tła i nie tworzą tak wyraźnego uczucia sztuczności. O idealnej harmonii dwóch stylów oczywiście mowy być nie może, ale efekt nie jest tak porażający jak można by pozornie przypuszczać. Kilka słów należy także nadmienić odnośnie samego wykonania owych komputerowych projektów. Abstrahując od ich estetyki, trzeba przyznać, że tytułowe Simoun są wykonane przyzwoicie, z wieloma detalami, tak samo zresztą jak inne obiekty mechaniczne. Nadanie dużym statkom powietrznym wyglądu okrętów morskich ze szczytowego okresu imperializmu kolonialnego, lub nawet projektu o koncepcji wyjętej rodem z komiksu „Captain Sky and World of Tomorrow”, wydaję się być interesującym rozwiązaniem.
Kolejnym specyficznym elementem oprawy graficznej jest sam projekt postaci. Choć wykorzystuje się tu różne szkoły rysunku, to najbardziej charakterystyczny, zwłaszcza dla większości głównych bohaterek będzie ten, który przywodzi na myśl porcelanowe lalki. Takie rozwiązanie może się podobać lub nie, ale skutecznie podkreśla inność bohaterek, które przecież są elitą tamtejszego społeczeństwa. Sporo gorzej sprawa przedstawia się niestety, w przypadku konsekwencji owego projektu, a także płynności animacji postaci, która czasami wyraźnie kuleje. Oczywiście w samym projekcie nie mogło zabraknąć elementów „bonusowych” tylko dla panów czyli wszelakich typów zgrabnych kobiecych sylwetek i fantazyjnych wyzywających „uniformów”, których nie powstydziłaby się najnowsza kolekcja „Victoria's Secret” (sam styl ma w sobie elementy nomen omen stylu wiktoriańskiego). To wszystko zaś okraszone jest „odpowiednim” kadrowaniem.
Kwestia doboru seiyuu w „Simoun” zawiera pewien charakterystyczny szczegół. Otóż, głosy wszystkich postaci – niezależnie jakiej płci – były podkładane przez kobiety. Oczywiście w myśl uzasadnień fabularnych można fakt ten przyjąć jako kolejna próbę zwiększenia realizmu otoczenia. Przyznam, iż mi było ciężko to zaakceptować, a z czasem nauczyłem się to jedynie częściowo ignorować. Wspomnieć o kontrowersji tej jednak wypadało.
Przejdę do kolejnego elementu o którym napisać chciałbym nieco więcej. Oprawa muzyczna „Simoun” nie jest dla anime typowa. Znacznie bliżej jej do filmowych ścieżek dźwiękowych o dużej różnorodności. Jej poziom zarówno formy, jak i wykonania zaskakuje. Jest to przede wszystkim muzyka orkiestrowa, o różnej stylizacji a także wspierająca ją elektronika w niezwykle przyjemnym dla ucha wydaniu. W samej konstrukcji widać nawiązania do przeróżnego dorobku muzycznego (często swobodnie mieszanego); od mocnych utworów w stylu klasyków wiedeńskich, aż po elektroniczny ambient rodem z kompozycji Vangelisa. Co ciekawe w podkładzie muzycznym znajduje się kilka nagrań w rytmie tanga czy walca które nadają wydarzeniom dość interesującą aurę. Taniec zresztą również odgrywa w anime rolę dość ciekawą. Soundtrack oferuje zarówno sporo bardzo nastrojowych kompozycji m.in. na fortepian, skrzypce czy kościelne organy, ale również i monumentalne, rozbudowane partytury orkiestrowe które potrafią przyprawić słuchającego o dreszcz. Muszę uczciwie przyznać, iż naprawdę rzadkością nie tylko w anime jest usłyszeć tak bogaty i rozbudowany konstrukcyjnie (choć często nie próbujący nawet ukrywać swoich inspiracji), a jednocześnie spójny podkład muzyczny.
Nieco gorzej ma się sprawa z wpisaniem tej muzyki w obręb samej serii. Muzyka jako jedno z narzędzi budujących klimat powinna być w harmonii z pozostałymi segmentami tej roli. Tak często nie jest. Doniosłość muzyki często pozostawia w tyle dramatyzm fabuły. Innym razem nieodpowiedni podkład potrafi popsuć emocjonalny charakter wydarzeń. Nie jest to naturalnie przypadek popełniany nagminnie, ale za to te sporadyczne „wpadki” potrafią skutecznie obniżyć ocenę wykorzystania podkładu.
Nadszedł więc trudny czas podsumowania. Na wstępie przyznam, iż czasu spędzonego z „Simoun” nie uważam za całkiem stracony. Tytuł ten zawiera kilka ciekawych elementów i specyficzny, wciągający, baśniowy klimat. Na pewno nie otrzymaliśmy produktu nijakiego, szarego i bez wyrazu. „Simoun” jednym spodoba się bardzo, innych zaś odstraszy na samym początku. Miłośnicy shoujo-ai, łaknący świeżych pomysłów mogą po „Simoun” śmiało sięgać. Jako science fiction i dramat wojenny „Simoun” sprawdza się już niestety średnio. Pod względem fabularnym „Simoun” okazało się w miarę zgrabnym soft science fiction z kilkoma interesującymi, rzadkimi w anime elementami. Niestety „zgrabne” nie oznacza dobre. W moim odczuciu elementy te stanowią jeden wielki niewykorzystany zbiór potencjałów. Nie został on jednak wyprowadzony z pierwotnego - bądź co bądź - ciekawego pomysłu. Zabrakło jasnej koncepcji o czym tytuł ma opowiadać. Jeśli jednak po seansie pierwszego odcinka (ciutkę odstręczającego a zarazem intrygującego - przyznam), dacie szansę temu tytułowi, to być może i wy dacie się porwać atmosferze baśniowej opowieści. To już jednak czyńcie na odpowiedzialność własną bez mentalnego biczowania biednego redaktora Azunime. Nie biorę bowiem na siebie odpowiedzialności polecenia „Simoun” „nieczułej” części widowni. Co do tych wpadających łatwo we wzruszenia – im polecam lekturę recenzji właściwej a nie malkontenckiej opinii nieczułego drania…