Rok 2199. Wojna między Ziemianami i Gamilanami zbliża się do fatalnego finału. Obrzucana radioaktywnymi bombami Ziemia umiera. Ratunek znajduje się na planecie Iscandar oddalonej o tysiące lat świetlnych. Przerobiony na statek kosmiczny stary pancernik Yamato, zostaje wysłany z załogą w niebezpieczną misję...
| odcinki | 26 x 25 min - łącznie 650 min | |
| przypisania | dramat, science-fiction, kosmos, akcja | |
| produkcja | Academy Productions | |
| ta recenzja | Dark Rael (31.12.2006) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 8.00 |
Nie jest łatwo oceniać coś, co zostało stworzone ponad trzydzieści lat temu. Jest to jeszcze trudniejsze, kiedy nie ma się odniesienia do innych tytułów z tamtego okresu, a próbuje oceniać dzieło klasyczne, w które ogromny wkład miała legenda mangi i anime – Leiji Matsumoto. Znając tylko dwa tytuły, w które był on zamieszany, nie będę zapewne w stanie dzieła tego obiektywnie ocenić. Mogę jedynie spróbować przybliżyć go dzisiejszemu fanowi anime, chcącemu być może poznać tytuł, którym zachwycano się wiele lat temu. Postaram się napisać, jak „Space Battleship Yamato” prezentuje się na tle dzisiejszego poziomu japońskiej animacji.
Na początek kilka słów o historii, którą serial ten opowiada. Na początku XXI wieku Układ Słoneczny został zaatakowany przez flotę wojenną Gamilusa – planety oddalonej od nas o tysiące lat świetlnych. Kilkadziesiąt lat później, po założeniu przez najeźdźców bazy na Plutonie, rozpoczęli oni bombardowanie Ziemi pociskami w kształcie meteorytów, które niebieską planetę zaczęły zmieniać w jałową, radioaktywną pustynię. Ludzie musieli ratować się ucieczką pod ziemię, gdzie zbudowali wielkie miasta, mając nadzieję na przetrwanie i zorganizowanie ruchu oporu. Najeźdźcy pokonywali jednak każdą flotę wysłaną w ich kierunku. Zbliżał się tragiczny koniec ludzkości – skażenie radioaktywne zaczęło trawić podziemne miasta... Wtedy znalazł się niespodziewany sojusznik. Wiadomość z planety Iscandar, oddalonej o 148,000 lat świetlnych, głosiła, iż istnieje urządzenie, które oczyści Ziemię z radioaktywnej zarazy. Należy jedynie po nie przylecieć. W załączeniu przysłano schemat silnika i zarazem broni, dzięki którym podróż tę można było przebyć w ciągu roku.
Postanowiono wykorzystać wrak okrętu Yamato, największego pancernika jaki kiedykolwiek zbudowano, leżącego na dnie Oceanu Spokojnego – obecnie wyschniętego. Rekonstrukcję ukończono z powodzeniem. Zamontowano najlepsze uzbrojenie jakim dysponowano i oczywiście nowy silnik, będący jednocześnie straszliwą bronią, której mogli obawiać się najeźdźcy z Gamilusa. Pod dowództwem weterana tej wojny, Juzo Okity, zebrano wspaniałą załogę i jako ostatnią nadzieję ludzkości, z niewielkimi, ale nie zerowymi szansami na powodzenie, wysłano w niebezpieczny rejs kosmiczny w kierunku planety Iscandar...
„Space Battleship Yamato” to debiut reżyserski Leijiego Matsumoto i mimo iż to Yoshinobu Nishizaki, producent serialu, był jego pomysłodawcą, to w oczach większości fanów właśnie Matsumoto jest odpowiedzialny za sukces tego anime. Nie uczestniczył w projekcie tym od samego początku, a kiedy dołączył, dotychczasowe pomysły Nishizakiego przeszły radykalne zmiany. Żeby zrozumieć jego przywiązanie do kultu bohatera, fascynację bitwami oraz to, dlaczego umieścił on w kosmosie symbol chluby japońskiej floty morskiej (co może budzić dziś uśmiech politowania na twarzy), należy zajrzeć do jego życiorysu. Urodził się w 1938 roku i był synem oficera japońskich sił powietrznych. Jest więc jasne, że ojciec zaszczepił mu zamiłowanie do wszelkiego rodzaju maszyn bojowych, a także do wielkich japońskich bohaterów (w załodze Yamato znajdziemy takie nazwiska jak Tokugawa czy Sanada). Matsumoto musiał więc wiele słyszeć o potędze imperium, o niezniszczalnym Yamato i, jak każdy Japończyk, był z niego zapewne dumny. Później widział upadek tego wszystkiego. Widział dumny naród z pięknymi honorowymi tradycjami, zniszczony nalotami, poniżony przez Amerykanów, z symbolem dawnej potęgi leżącym na dnie oceanu...
Japończycy zapewne tęsknili do wielkich bohaterów i minionej potęgi. To właśnie dał im Matsumoto, który być może jako chłopiec sam o tym marzył. W jednym z początkowych odcinków reżyser prezentuje tragiczne losy prawdziwego pancernika, który broni się do samego końca i kończy żywot potężną eksplozją. Na początku widzimy chłopca i jego ojca, który z dumą mówi mu, żeby zapamiętał ten okręt (czyżby był to mały Matsumoto?), później reżyser pokazuje szacunek oddawany tonącemu Yamato, nawet wśród żołnierzy amerykańskich. W następnej chwili widzimy Yamato znowu żywego i potężnego, gotowego do wielkiej misji – symbol powstał z grobu...
Oglądając „Space Battleship Yamato” wyraźnie odczuć można, że jest to analogia do sytuacji Japonii przed końcem wojny, kiedy była gnębiona nalotami bomb zapalających i detonacjami bomb atomowych. Przekonać można się o tym w odcinku trzynastym, kiedy widzimy zniszczone miasto, panikę wśród ludności i wreszcie prowizoryczne szpitale z poparzonymi ofiarami bombardowania – identyczne do tych, które zauważyć można było w „Grobowcu świetlików”. Nie ma wątpliwości, że Ziemia na skraju zagłady, radioaktywne pociski i Yamato jako ostatnia nadzieja ludzkości, którego wysyła się również w niemal samobójczą misję, to oczywiste nawiązania.
Sukces serialu w Japonii ma więc swoje poważne uzasadnienie, ale to oczywiście nie wszystko. Jedną z charakterystycznych cech projektów, w których brał udział Matsumoto, są charyzmatyczni bohaterowie. Tutaj można takim mianem określić kapitana Okitę. Zimny, milczący, a jednak wielki strateg, podejmujący przemyślane decyzje. Mimo iż przeżywa osobistą tragedię, jako jedyny naprawdę wierzy w powodzenie misji i nawet za cenę życia jest gotów ją kontynuować. To typowy przykład japońskiego dowódcy, dla którego życie jednostki (w tym własne) jest zupełnie nieistotne. Potrafi jednak zyskać respekt każdego członka załogi. Nawet Susumu Kodai, będący na Yamato kimś w rodzaju pierwszego oficera, obwiniający kapitana o śmierć swego brata, przeradza się pod jego skrzydłami z kąpanego w gorącej wodzie żółtodzioba w prawdziwego drugiego kapitana.
Matsumoto zadbał nawet o sensowne wizerunki najeźdźców, wzorowanych wyraźnie na nazistach, co widać nawet w ich nazwiskach. Nie są jednak głupcami pragnącymi rządzić wszechświatem, a mają konkretny cel i pobudki, które każdy zdesperowany naród mogłyby pchnąć do podobnego postępowania. Z pozoru psychopatyczny przywódca Gamilan – Desler, choć chce zniszczyć ludzkość, robi to z poważnie uzasadnionego powodu. Również po tej stronie reżyser umieścił budzącego respekt dowódcę, Domela, który wie, że aby pokonać Yamato, musi działać ostrożnie i z rozmysłem.
Historia opowiadana w serialu jest różnorodna, z wieloma niespotykanymi dziś pomysłami. Niektóre z nich są niezbyt logiczne, wiele dzisiaj można by uznać nawet za dziecinne. Fabuła jest jednak bardzo wciągająca – każdy widz zapewne zżyje się z załogą i będzie jej gorąco kibicował. Jestem pewien, że jeśli ktoś polubi serial po obejrzeniu pierwszego odcinka, to nie będzie się nudził przy kolejnych, a pod koniec prawdopodobnie zechce sięgnąć po filmy i kolejne sezony „Yamato”. Należy jednak przestrzec tych, którzy nie lubią w anime dziur naukowych, bo te są tu kosmiczne. Niedoświadczonego widza zdziwić może także fakt istnienia fanserwisu w 1974 roku, aczkolwiek nie w ilościach stosowanych dzisiaj.
Dla dzisiejszego odbiorcy wyzwaniem może się okazać graficzne wykonanie serialu. Widać, że był on realizowany w innej epoce i to zarówno z powodów artystycznych, jak i jakościowych. Niechlujstwo wykonawcze w postaci przytartych celuloidów widać niemal na każdym kroku, wiele sekwencji animowanych wykorzystano kilka razy, ale najgorzej przy tym wypada animacja pojazdów kosmicznych. Wynika to jednak ze zbyt wygórowanych ambicji samego Matsumoto, któremu zamarzyły się ujęcia z przelatującym Yamato przed kamerą, obracającą się w kierunku okrętu, co dla tradycyjnego animatora jest rzeczą bardzo trudną, o ile nie niewykonalną i faktycznie efektowi temu daleko do naturalności. Należy zwrócić jednak uwagę na dużą płynność i staranność pewnych ujęć, które jakością dorównują pełnometrażowym filmom animowanym. Widać więc staranność animatorów, ale pewnych pomysłów reżysera nie byli po prostu w stanie wykonać poprawnie. Jeśli chodzi o scenografię, to sprawa ma się wyśmienicie, mnóstwo szczegółowych teł, wnętrze Yamato zaprojektowano pieczołowicie i narysowano dokładnie, nadając serialowi taki klimat starego dobrego science-fiction z wielkimi konsolami, dużymi zegarami zamiast liczników elektronicznych, kineskopowymi analizatorami i mnóstwem lampek kontrolnych. Wraz ze starodawnymi dźwiękami elektronicznymi tworzy to naprawdę nostalgiczne wrażenie i przyznam, że bardzo mi się to podobało.
Ten serial ma swój specyficzny klimat. Już piosenka tytułowa wykonywana potężnym głosem Isao Sasakiego, stylizowana na balladę o bohaterach, niesamowicie wprowadza w rzeczywistość serialu, a nastrój ten ani na moment nie blednie do końca odcinka. Czujemy jakbyśmy byli na okręcie i razem z załogą przeżywali dramatyczne chwile, których będzie wiele. Udziela się też to uczucie powagi sytuacji, że jeśli misja zawiedzie, ludzkość przestanie istnieć. Jeśli idzie o muzykę podkładową to trafiła w mój gust niemal idealnie, szczególnie elementy rocka z początku lat 70., ale nieprzyzwyczajonym to tego typu muzyki nie będzie się raczej podobać. Jest to ścieżka dźwiękowa zbliżona chyba najbardziej do pierwszego serialu „Macross” i chyba można ją określić jako typową dla space oper.
Reasumując, „Space Battleship Yamato” na pewno nie każdemu przypadnie do gustu. Grafika i dźwięk mogą początkowo śmieszyć lub nawet odstraszać. Już sama piosenka tytułowa może skutecznie zniechęcać do poznawania tego anime. Jego dziury naukowe dziś nie wytrzymałyby krytyki. Podejrzewam, że najbardziej docenią go ludzie urodzeni w latach siedemdziesiątych, którzy lubią stare science-fiction, cenią charyzmatycznych bohaterów, dobrze oddany klimat i oryginalne pomysły. Natomiast entuzjaści japońskiej animacji pragnący poznać klasykę dobrze trafią, bowiem serial ten, według wielu, zapoczątkował złotą erę anime...
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Leiji Matsumoto |
| Scenariusz | Eiichi Yamamoto, Keisuke Fujikawa |
| Scenopis graficzny | Yoshikazu Yasuhiko, Yoshiyuki Tomino |
| Reżyseria odcinków | Toshio Masuda |
| Muzyka | Hiroshi Miyagawa |
| Twórca oryginału | Leiji Matsumoto, Yoshinobu Nishizaki |
| Projekt postaci | Tsunehiro Okasako |
| Reżyseria animacji | Noburo Ishiguro |
| Tła | Nashiro Tsukima |
| Efekty | Mitsuru Kashiwabara |
| Reżyseria dźwięku | Atsumi Tashiro |
| Wykonanie piosenek | Isao Sasaki |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Kei Tomiyama | Susumu Kodai |
| Shuusei Nakamura | Daisuke Shima |
| Youko Asagami | Yuki Mori |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Akira Kamiya | Saburo Kato |
| Gorō Naya | Jūzo Okita |
| Ichirō Nagai | Dr Sakezo Sado |
| Kenichi Ogata | Analyzer |
| Masatō Ibu | Dessler |
| Miyuki Ueda | Starsha |
| Osamu Kobayashi | Domel |
| Taichirou Hirokawa | Mamoru Kodai |
| Takeo Kamura | Yasuo Nanba |
| Takeshi Aono | Shirō Sanada |
| Yoshito Yasuhara | Kenjiro Ōta |
| Ichirō Nagai | Hikozaemon Tokugawa |
| Kazuyuki Sogabe | Yamamoto |
| Kenichi Ogata | Gantz |
| Michihiro Ikemizu | Sukeharu Yabu |