Rok 2065. Pochodzące z kosmosu fantomy zdewastowały i spustoszyły Ziemię. Dr Aki Ross wraz z jej mentorem, dr. Sidem, i przyjacielem, Greyem Edwardsem, próbują znaleźć sposób na pozbycie się obcych. W drogę wchodzi im jednak generał Hein, który w kosmitów chce uderzyć potężną, ale i niebezpieczną dla planety bronią.
| odcinki | 1 x 106 min - łącznie 106 min | |
| przypisania | przygoda, sf, nadprzyrodzone, na podstawie gry, renderowane | |
| produkcja | Square Pictures | |
| animacja | Square USA Inc. | |
| ta recenzja | Daldow (4.07.2006) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 6.00 |
Na początku tej recenzji wspomnę o kontrowersji, jaka pojawiła się przed jej napisaniem. Otóż czy film ten można zaliczyć do anime? Ta technologia po raz pierwszy użyta została na tę skalę, ponadto bez zachowania jakichkolwiek cech charakterystycznych dla anime. Z drugiej strony pozostaje to animacją wykonaną z udziałem Japończyków... Mimo wielu wątpliwości postanowiliśmy, i taką mam nadzieję, że naszą decyzję zrozumiecie.
Wielu z nas zna znakomitą serię gier pod tytułem „Final Fantasy”. Tytuły te przez lata pozwalały graczom przenosić się w odległe światy, w których przeżywali wraz z bohaterami smutki i radości, poznawali świat mistycyzmu, nierzadko dramatu i magii. Innymi słowy, prawdziwą „fantazję”.
Gdy w okolicach 1998 roku pojawiły się plotki o powstaniu filmu komputerowego o tytule „Final Fantasy”, w Internecie zawrzało od zachwytu. Był to okres szczytu popularności gier z tej serii, a każdy miał w pamięci świetne wstawki filmowe z „Final Fantasy VIII”.
Ostatecznie film z nowoutworzonej stajni Square Pictures (powstałej z oddziału Square, zajmującej się grami) trafił do kin w roku 2001. Prace trwały prawie cztery lata i pochłonęły podobno blisko sto milionów dolarów. Pierwszy film w pełni renderowany komputerowo, którego reżyserią zajął się sam Hinorobu Sakaguchi (twórca „Final Fantasy”), wzbudził niemałe zainteresowanie nie tylko wśród miłośników serii.
Niestety, film nie okazał się sukcesem kasowym, studio Square Pictures zbankrutowało, a sam Sakaguchi zapłacił fotelem wiceprezesa za tę porażkę. Widzowie po obu stronach oceanu nie docenili wielkiej japońsko-amerykańskiej koprodukcji.
Film opowiada historię dr Aki Ross – naukowca badającego sprawę „duchów”, która ma być kluczem do pozbycia się „wrednych” przybyszów z kosmosu zwanych fantomami. Akcja rozgrywa się na zniszczonej i opustoszałej w wyniku ataków owych fantomów Ziemi. Ludzie żyją w miastach otoczonych barierami energetycznymi. Większość „wynalazków”, które podtrzymują życie ludzi, skonstruował dr Sid – przełożony Aki. Innym głównym bohaterem filmu jest Gray Edwards, kapitan oddziału wojskowego, dawny znajomy pani doktor. Wszyscy oni próbują znaleźć kolejne „duchy” wytworzone przez siłę planety – Gaię (coś na wzór Lifestreamu z „Final Fantasy VII”). Przeszkadza im w tym wszystkim oczywiście bardzo lekkomyślny i ograniczony (a jakże!) generał O’Hein, który wyznaje zasadę „jeśli nie pomaga młotek, to widocznie trzeba iść po większy”.
Wybaczcie mi ten ironiczny ton, wynika on jednak przede wszystkim z faktu, iż fabuła jest niesamowicie przewidywalna i mało przekonująca. Jakością plasuje się w niższej średniej klasie hollywoodzkich produkcji science-fiction, czyli raczej nisko. Pompatyczność i „dziurawy” patos są momentami irytujące. Dialogi często sztuczne, a nawet naciągane. Co zaś tyczy się powiązań z serią „Final Fantasy” – są one marginalne i ograniczają się praktycznie do istnienia „żyjącej” planety.
Jeśli chodzi o postacie, są one moim zdaniem raczej mało przekonujący. Głosów głównym bohaterom udzielają znani amerykańscy aktorzy, jak Alec Baldwin, Donald Sutherland (chociaż jego doktor Sid jest jeszcze najbardziej realistyczny) czy James Woods, którzy jednak – jeśli chodzi o dubbing – powinni brać się jedynie za produkcje typu „Toy Story” czy „Gdzie jest Nemo?”. Tam ich umiejętności do podkładania głosów wyraźniej pasują. Na pewno postacie nie są czynnikiem, który byłby w stanie zachęcić do tej pozycji.
Jednak jeśli nie postacie i fabuła, to po co właściwie oglądać tę produkcję? Niewątpliwie elementem zachęcającym może być grafika. Sztab ludzi, którzy pracowali w pocie czoła nad grafiką komputerową, może być z siebie dumny. Oczywiście technika komputerowa od 2001 roku poszła do przodu i już dziś mogliśmy zobaczyć lepsze (np. „Advent Children”, również wydany przez Square) animacje. W 2001 roku był to jednak prawdziwy rarytas, zwłaszcza dla amatorów grafiki 3D. Początkowe sceny filmu sprawiają niemałe wrażenie, nieraz zmuszając do zastanowienia, czy aby na pewno w dalszym ciągu mamy do czynienia z animacją. Co się tyczy niedociągnięć, to kulejąca technika motion capture, przez którą chwilami miałem wrażenie, że mimo realności graficznej, postaci mówią jak kukiełki. Postaci w filmie zaprojektowane zostały wyłącznie przy pomocy programów do grafiki przestrzennej, nie znajdziemy tu jakichkolwiek elementów rysunku. Film nastawiony jest na jak najdokładniejsze odwzorowanie ludzkiego wyglądu i realistyczności ruchu. Odpowiedź, na ile ma to sens, pozostawiam widzowi. Główna bohaterka jest wykonana niesamowicie realistycznie, pierwszy raz zastosowano skomplikowaną mechanikę, np. poruszania się włosów (łatwo zauważyć, że poza Aki wszyscy mają krótkie fryzury). Najlepiej zaprojektowaną postacią jest doktor Sid, jego postać wydaje się naturalna i czasami naprawdę trudno uwierzyć, że powstał na podstawie drucianego modelu 3D. Pozostałe postaci są zdecydowanie słabiej wykonane. Gray Edwards ma wyraźnie mniej detali, a jako całość przypomina nieco Bena Aflecka (nawet jego „drewniane aktorstwo” jest podejrzanie podobne). Całość mimo wszystko robi dobre wrażenie, a na brak kolorów narzekać na pewno nie należy.
Muzyka prezentuje dobry poziom, skomponował ją Elliot Goldenthal, znany przede wszystkim z filmów „Obcy III” czy „Wywiad z wampirem”. To zapewne jeden z najlepszych kompozytorów, jakimi może pochwalić się Hollywood. Jego muzyka w tym filmie jest może nieco mało oryginalna, przypomina bowiem poprzednie dzieła tego artysty, jednak na pewno oddaje w sposób poprawny wydarzenia na ekranie, ratując momentami kulejący klimat filmu.
Na dużą pochwałę zasługuje ending „The Dream Within” śpiewany przez Larę Fabian. Przyćmiewa on znacznie pozostałe nagrania i powoduje, że po obejrzeniu napisów końcowych myślimy o produkcji nieco cieplej, niż te parę minut wcześniej.
Reasumując, fabularnie film prezentuje poziom mało ambitnych produkcji science-fiction. Fabuła prosta, łatwo przyswajalna, ale czy przyjemna? Kwestia gustu. Osobiście mogę powiedzieć, że mnie po prostu nie raziła na tyle, aby zepsuć przyjemność oglądania fajerwerków graficznych. Nic ponadto. Film można obejrzeć jako techniczną ciekawostkę, z anime tradycyjnym niewiele mającą wspólnego. Square Pictures pokazało nam ślepy zaułek animacji. Chyba nie ma sensu tworzyć kosmicznie drogich animacji komputerowych po to tylko, aby naśladowały filmy z aktorami. Jeśli zaś twórcy chcą się trzymać tej koncepcji, to niech chociaż produkują filmy nieco wyższych lotów. Szkoda, że tak wielki budżet został przeznaczony na coś, co miało zachwycić szerokie masy ludzi, jednak – ku rozpaczy twórców – „ciemny lud” tym razem tego nie kupił...
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Hironobu Sakaguchi, Motonori Sakakibara |
| Scenariusz | Hironobu Sakaguchi, Al Reinert, Jeff Vintar |
| Projekt potworów | Yasushi Nirasawa |
| Muzyka | Elliot Goldenthal |
| Reżyseria animacji | Andy Jones |
| Wykonanie piosenek | Lara Fabian, L'Arc-en-Ciel |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Alec Baldwin | Gray Edwards |
| Ming-Na | Aki Ross |
| Donald Sutherland | Dr Sid |
| James Woods | Generał Hein |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Peri Gilpin | Jane Proudfoot |
| Steve Buscemi | Neil Fleming |
| Ving Rhames | Sierżant Ryan Whitaker |
| Matt McKenzie | Major Elliot |