Sekcja 9 działa już bez charyzmatycznej Major Motoko Kusanagi. Bateau, silnie zmodyfikowany cyborg, oraz jego partner Togusa, muszą rozwikłać zagadkę morderstw dokonywanych przez androidy typu 2052-Hadaly. Śledztwo stanie się okazją dla powracających wciąż pytań...
| odcinki | 1 x 99 min - łącznie 99 min | |
| przypisania | dramat, sf, psychologia, cyberpunk | |
| produkcja | Production I.G, Bandai Visual | |
| związane | Ghost in the Shell (1995) - prequel Ghost in the Shell: Stand Alone Complex (2002) - nawiązanie |
|
| ta recenzja | Daldow (17.06.2006) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 8.70 |
Przyznam szczerze, że nieco bałem się tej recenzji. Bałem się, że nie do końca będę w stanie przekazać sprzeczne odczucia wobec tego filmu w postaci tego tekstu. Podejmuję więc nieco karkołomną próbę zrecenzowania i przybliżenia wam tego nietypowego sequela. Sama ich konwencja jest nieco niebezpieczna, zaś gdy kontynuacja dotyczy tak powszechnie szanowanej produkcji, jaką był „Ghost in the Shell”, to sprawa wydaje się kilkukrotnie bardziej skomplikowana. Film dziś wzbudza najczęściej skrajne uczucia, dlatego też ciężko o opinię, która zadowoliłaby wszystkich. Ja postaram się to zrobić najlepiej jak potrafię. Aby jednak mówić o najnowszej produkcji w reżyserii Mamoru Oshiiego trzeba wspomnieć kilka zdań o tym jak to się wszystko zaczęło.
W 1995 roku światło dzienne ujrzał „Ghost in the Shell”, oparty luźno na mandze Masamunego Shirowa. Stał się on kamieniem milowym w historii anime i na stałe wszedł w klasykę swego gatunku. Historia Major Motoko Kusanagi i pozostałych członków Sekcji 9 bezpieczeństwa publicznego została blisko 7 lat później przedstawiona w serialu pod nadzorem Oshiiego „Ghost in ihe Shell: Stand Alone Complex”. Po sukcesie tej produkcji słynny reżyser postanowił zrealizować swoje małe marzenie – kontynuację; „Ghost in the Shell: Innocence”.
Film jest praktycznie bezpośrednią kontynuacją części pierwszej i zaczyna się w bliżej nieokreślony, choć bliski czas po „tajemniczym zniknięciu” Major Kusanagi, która połączyła się z Władcą Marionetek i teraz przebywa w „wielkiej i niezbadanej sieci”. Głównym bohaterem „Niewinności” jest Batou, cyborg z Sekcji 9, bliski przyjaciel, niebyłej Major. Musi on zająć się sprawą morderstw dokonywanych przez gynoidy (androidy płci żeńskiej). W tej sprawie jego partnerem będzie Togusa, były gliniarz, który wstąpił do Sekcji 9 za namową Major. I tyle chyba można powiedzieć o fabule bez zdradzania spoilerów. Zresztą linia kryminalno-detektywistyczna jest tu moim zdaniem tylko pretekstem do tego, co jest istotą filmu.
Podczas oglądania tego filmu ma się wrażenie, iż postawiono w nim na wartość artystyczną, rozrywkę pozostawiając niejako na dalszym planie. Nie można też oprzeć się wrażeniu, że Mamoru Oshii chciał tu przedstawić jak największą ilość swoich inspiracji. Wynika to zarówno z samego seansu jak i lektury wywiadu z twórcą. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie chciał zawrzeć praktycznie całą stworzoną przez siebie filozofię w tym właśnie dziele. Jednak jak pogodzić syntetyczność przekazu z jego monumentalnością? Tego chyba jednak sam mistrz Oshii nie wiedział. Film odpowiada na pytania wynikające z tych samych dręczących pytań co część pierwsza, jednak robi to mniej w sposób metafizyczny, a bardziej aksjologiczny. Na pewno nie jest to film, który można polubić od pierwszego wejrzenia. Forma nie jest tak syntetyczna i wyważona jak w przypadku części pierwszej, tam przekaz był jeden, można było się nad nim rozpływać i prowadzić uczone dyskusje, a można było po prostu obejrzeć ciekawy film i wyciągnąć płytkę z napędu. W tym dziele autor chciał jakby powiedzieć „teraz was zmuszę do myślenia”. I przechodzimy tym samym do pewnego sedna. Czy próba zmuszenia widza do refleksji była dobrym zabiegiem? Autor poprzez postacie wręcz zarzuca nas dialogami, cytatami czy wywodami, że ci mniej wytrzymali po prostu mogą odejść od ekranu i zakończyć oglądanie tego filmu. Jak wspomniałem film poza licznymi metaforami, których rozgryzienie zajmuję czasami sporą chwilę (sama symbolika domu-pozytywki Kima to temat na esej), zarzuca nas wręcz cytatami. Wygląda to nieco dziwnie, gdy w pewnych scenach, postacie zamiast rozmawiać, obrzucają się wzajemnie cytatami. Niektóre z tych scen, mogą wydać się męczące. To tak jakby Oshii chciał pokazać, że jego filozofia nie wzięła się z nikąd... Takie rozwiązanie to kolejny przykład głębokiej wiary w cierpliwość widza... Tyle względem takich pierwszych wrażeń odnośnie filozoficznego przekazu. Na więcej w związku z ramami formalnymi recenzji pozwolić sobie nie mogę...
Czas na nieco lżejsze elementy tej recenzji. Zacznijmy więc od bohaterów. Każdy, kto zna inne produkcje spod znaku „Ducha w pancerzu” wie chociaż trochę, jaki jest Batou. W tym filmie jest on jeszcze większym indywidualistą, wielkim samotnikiem, targającym brzemię wspomnienia o Major. Jej słowa i przesłanie, jakie pozostawiła po sobie sprawa „Władcy marionetek” pozostawiła na nim trwałe piętno. Po „odejściu” Major, to on został dowódcą Sekcji 9. Sprawa zaś, jaką przyszło mu teraz prowadzić tylko pogłębia wątpliwości, jakie mu towarzyszą. Obiektem, któremu poświęca maksimum swojej emocjonalności. jest jego pies. Przy nim chłodny, bezlitosny cyborg, zmienia się w opiekuńczego pana. Jest to nieco analogiczne do Tachikom z serialu „Stand Alone Complex” i pokazuje w filmie tę nieznaną z „jedynki” cechę jego charakteru. Zresztą sama symbolika zwierząt domowych jest w filmie dość istotna...
Co do Togusy, sprawa ma się trochę inaczej. On jest jakby głosem „ludzkości” w całej sprawie. O ile Batou wprowadza nas w arkany przemyśleń o tyle Togusa reprezentuje taką konserwatywną, jakby dzisiejszą postawę myślową. Jest to dość ciekawy zabieg, choć poza tym nie dowiadujemy się o Togusie niczego nowego. Co do jego charakteru to cóż, w filmie niewiele byliśmy w stanie go poznać, dlatego Togusa z „Niewinności” to bardziej ten, którego znamy z GitS: SAC.
I weszliśmy wreszcie w kolejny temat, który dla wielu może wydać się kontrowersyjny. Mianowicie grafika w filmie. Rendering komputerowy jest tu wszechobecny. Niektórych ortodoksyjnych fanów filmu zapewne może to przyprawić o zawał serca. Ja osobiście do takich nie należę, jednak o tej formie obrazu trzeba powiedzieć zarówno parę dobrych, ale też sporo złych słów.
Na początek design postaci. Wygląd Batou i Togusy został żywcem wyjęty z serialu. Choć oczywiście postacie w filmie są znacznie lepiej wykonane (co jest zrozumiałe w przypadku pełnometrażowej produkcji). Z pozostałych postaci; Ishikawa zyskał nowy nieco „młodszy” wygląd, a w przypadku Aramakiego skorzystano ze starego wyglądu z pierwszej części filmu. Postacie są wykonane bardzo poprawnie i nie można mieć do nich większych zastrzeżeń.
Trzeba przyznać, że grafikom ze studia I.G na pewno nie brakuje umiejętności. Postacie tradycyjne jak i środowisko w 3D są bardzo szczegółowe i na bardzo wysokim poziomie. Zwłaszcza początkowe sceny filmu, wyglądają wyjątkowo dobrze i mile się je ogląda. Teraz druga sprawa, czyli jak graficy wykorzystują swoje umiejętności. Trzeba sobie zadać podstawowe pytanie, co jest ważniejsze w filmie, techniczna poprawność i wręcz efektowność czy wrażenia estetyczne. Dla mnie zdecydowanie jest to ten drugi aspekt. Dlatego grafice jako takiej od strony technicznej nie mam nic do zarzucenia, jednak kompozycja pozostawia wiele do życzenia. Mówiąc kompozycja mam tu na myśli wiele aspektów. Przede wszystkim sceny, w których połączenie 2D z trójwymiarową grafiką komputerową wypada niesamowicie sztucznie, i zamiast budować klimat, zupełnie go niszczy. Nie spodziewałem się takiego braku wyczucia u panów z I.G, czyli jakby nie było doświadczonej ekipy. Niespójność graficzna to dość ciężki zarzut jak na film, który miał nosić miano dopracowanego, jednak w pełni odpowiedzialności taki zarzut wyciągam. Najbardziej jeśli chodzi o grafikę zapadną w pamięć sceny festiwalu z Etotrofu (przypominają mi one południowo-amerykańskie obrzędy wigilijne), miały one prawdopodobnie być pewnego rodzaju analogią do sceny miejskiej w pierwszej części filmu. Jeśli tak jest rzeczywiście, to całkowicie chybioną. Moim zdaniem w tym filmie są zupełnie niepotrzebne. Potrzebne natomiast do szczęścia były zapewne ekipie graficznej, gdyż pokazali tak cały swój wysiłek i pokaz mocy obliczeniowej swojego sprzętu. Pozostaje pytanie, po co? Oglądając te sceny byłem nawet za pierwszym razem nieco znużony i gdyby nie świetny podkład muzyczny pewnie nie powstrzymałbym się od przewinięcia jej (czego chyba nigdy oglądając po raz pierwszy film nie zrobiłem). Zbytnia szczegółowość męczy oczy, każąc rozpraszać uwagę na nieistotnych szczegółach. Brak w obrazie pierwszego i drugiego planu powoduje takie zamieszanie. Osobiście mi takie narzucenie szczegółów skojarzyło się ze sztuką jaskiniową, w której prehistoryczni ludzie zamalowywali swoje jaskinie malowidłami z lęku przed pustą przestrzenią. Wolałbym właśnie wierzyć, że twórcy poszli za zewem natury ludzkiej, niż że po prostu stracili zmysł estetyczny... Pomijam, że jestem przeciwnikiem bezsensownego kontrastowania środowiska akcji, a niestety w filmie miał miejsce taki nieprzyjemny zabieg (mam tu na myśli przede wszystkim kontrast pomiędzy smutnym, nieco „przestarzałym” miastem początkowym, a kolorowym, pełnym fajerwerków świecie Etotrofu). Taki kontrast nie ma nic do przesłania, a burzy klimat filmu.
Klimat to rzecz, która w tego typu produkcjach nosi znamiona czynnika decydującego o wartości całego produktu. Biorąc pod uwagę zaś pozostałe elementy filmu, trzeba przyznać, że klimat jest dość spójny i broni się. W pierwszej połowie filmu począwszy od sceny początkowej dominuje dwojaki klimat. Z jednej strony jest to klimat grozy i niepewności (tu przede wszystkim scena w laboratorium kryminalistyki) z drugiej zaś coś na wzór starych filmów gangsterskich (tu świetne połączenie z klimatyczną muzyką np. „River of Crystals”), gdzie główną rolę „samotnego bohatera” odgrywa Batou. Niektórych może zapewne razić taki klimat mnie jednak przypadł on do gustu. Trudniejsze do sprecyzowania jest to, co dzieje się w drugiej części (przy wejściu do „Domu Lalek”). Jest to klimat specyficzny, nieco mieszający w głowie (jak cała scena zresztą). Nieźle też wypada dynamiczny finał. Jakby nie patrzeć w tej kwestii na szczęście nie zabrakło wyczucia.
Elementem o którym przed chwilą wspomniałem (bo prawie niemożliwe jest ich rozdzielenie) jest muzyka. Wbrew pewnym opiniom uważam, że jest to naprawdę kawał dobrej muzyki oddającej klimat w filmie. Świetne utwory jednego z moich ulubionych kompozytorów Kenjiego Kawai (zwłaszcza wspaniałe „Kugutsuuta Ura Mite Chiru” i finałowe „Kugutsuuta Kagirohi Ha Yomi Ni”, które wręcz rozrywa głośniki) oraz nastrojowe wykonanie nagrań „River Of Crystals” i endingu „Folow Me” (ckliwe i mało oryginalne, ale mi się bardzo podobało) przez jazzową piosenkarkę Kimiko Itoh spowodowały, że muzyka jest wielką zaletą tego filmu. Poza tym sam dźwięk jest w wysokiej jakości i na dobrej klasy sprzęcie robi wrażenie. Więcej rozpływać się nad podkładem nie mam zamiaru, po prostu musicie sami to usłyszeć...
Mimo dużej ilości słów krytycznych, jakie padły w tej recenzji, film uważam za bardzo dobry. Wszystkie te błędy wytykam tylko po to, aby pokazać, że gdyby uniknięto ich mógłby powstać film świetny. Doceniam ogrom pracy, jaki włożyli twórcy „Ghost in ihe Shell: Innocence”. Jednak niestety pogoń albo za zrobieniem arcydzieła, albo za ogromnym sukcesem kasowym nieco tę pracę popsuła.
W końcówce trzeba wspomnieć o tym, kto ten film tak naprawdę powinien obejrzeć. Mimo swej autonomiczności bardzo silnie wskazane jest obejrzenie pierwszej części filmu, i to najlepiej z uwagą. Jest to bardzo poważna i skomplikowana w drugiej warstwie fabuły produkcja, dlatego też sądzę, że przeznaczona jest dla ludzi, którzy oczekują od niej nie rozrywki, a impulsu do głębszej refleksji. Na pewno NIE jest on kierowany do ludzi, którzy uważali pierwszą część za zbyt „filozoficzną”.
Warto zastanowić się nad obejrzeniem tego filmu bo w momencie pisania tych słów, IDG planuje wyświetlanie go w kinach. A sympatia do niego nie jest uczuciem łatwym. Potrzebuje czasu, czasu który pozwoli na niejednokrotne obejrzenie i jednocześnie pozwoli go dobrze odczytać. Takiego odbioru tego filmu właśnie wam wszystkim życzę, bo na pewno warto go zobaczyć...
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Mamoru Oshii |
| Dialogi | Mamoru Oshii |
| Scenariusz | Mamoru Oshii |
| Muzyka | Kenji Kawai |
| Oryginalna manga | Masamune Shirow |
| Projekt postaci | Hiroyuki Okiura |
| Scenografia | Shuichi Hirata |
| Nadzór animacji | Kazuchika Kise, Tetsuya Nishio |
| Animacja klatek kluczowych | Shinya Ohira, Tadashi Hiramatsu, Yasuhiro Nakura |
| Projekt obiektów mechanicznych | Atsushi Takeuchi |
| Wykonanie piosenek | Kimiko Itoh |
| Efekty wizualne | Hisashi Ezura |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Akio Ohtsuka | Batou |
| Atsuko Tanaka | Motoko Kusanagi |
| Kouichi Yamadera | Togusa |
| W pozostałych rolach | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Tamio Ohki | Aramaki |
| Yutaka Nakano | Ishikawa |
| Hiroaki Hirata | Koga |
| Masaki Terasoma | Azuma |
| Naoto Takenaka | Kim |
| Yoshiko Sakakibara | Harraway |