Lucy jest istotą człekokształtną, posiadającą rogi i silne zdolności telekinetyczne. Pewnego dnia ucieka z laboratorium, mordując większość pracowników. Postrzelona wpada do morza i traci pamięć. Znaleziona przez dwójkę ludzi, teraz łagodna jak baranek, zostaje przez nich przygarnięta. Tymczasem wojsko poszukuje zbiega...
| inne tytuły | Elfen Song (angielski) エルフェンリート (japoński) Erufen rīto (romanizacja) | |
| ograniczenie wiekowe | (dozwolone od lat 16) | |
| odcinki | 13 x 25 min - łącznie 325 min | |
| przypisania | dramat, akcja, horror, sf, romans, seinen, nadprzyrodzone | |
| produkcja | GENCO, VAP | |
| animacja | ARMS | |
| ta recenzja | Pottero (23.08.2006) | |
| pozostałe | Steelie (10.03.2006) | |
Coś o elfach – mówią często ludzie, gdy słyszą tytuł „Elfen Lied”. Jest on jednak bardzo zwodniczy, ponieważ owo anime nie ma z elfami nic wspólnego – jeśli chcesz oglądać Legolasa czy małe karzełki, od razu możesz darować sobie seans. Mamy bowiem do czynienia z produkcją, która nawet dziś – dwa lata od momentu premiery – wywołuje wiele emocji wśród miłośników japońskiej animacji: jedni ją kochają i chwalą, inni nienawidzą i mieszają z błotem. Są też i tacy, którzy mają po prostu mieszane uczucia odnośnie tego tytułu. Ja już na samym początku powiem, że dla mnie „Elfen Lied” to jedno z najbardziej przereklamowanych i przecenionych anime ostatnich lat, a może nawet i w całej historii japońskiej animacji.
Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma w nim nieprzerwanie rosnąć. Coś takiego chcieli zapewne zastosować twórcy tego anime, ponieważ początek pierwszego odcinka możemy uznać za swoiste „trzęsienie ziemi”: naga dziewczyna zrywa się z uwięzi i za pomocą swoich nadprzyrodzonych mocy morduje ponad dwadzieścia pięć osób, po czym ucieka z pilnie strzeżonego ośrodka, wpadając do morza. Mniej więcej w tym samym czasie do miejscowości, w której spędził dzieciństwo, wraca Kōta, niedługo rozpoczynający naukę na miejscowym uniwersytecie. Spotyka on Yukę – swoją kuzynkę, z którą od bardzo dawna się nie widział – i razem postanawiają wybrać się nad morze. Gdy docierają na plażę, z morskich fal wyłania się różowowłosa dziewczyna w stroju Ewy. Dziewczę nie wie, jak się nazywa, nie potrafi też powiedzieć nic innego poza nyū. Nie wiedząc, co robić, Kōta i Yuka przygarniają dziewczynę. Nie mają pojęcia, że będzie to początek serii dziwnych i krwawych wydarzeń, jakie rozegrają się w najbliższej okolicy...
No, mieliśmy „trzęsienie ziemi” – muszę przyznać, że nawet całkiem niezłe i dobrze rokujące na całość. Pierwszy i drugi odcinek są dość ciekawe, zachęcają do dalszego oglądania. Może i nie wychodzi element mający w jakiś sposób wzruszyć widza (motyw z muszlą), ale jeszcze jesteśmy w stanie to wybaczyć. Niestety, później jest już tylko gorzej; akcja nagle zwalnia i po prostu zaczyna robić się nudno. Jedyną „rozrywką” są latające od czasu do czasu ludzkie kończyny – a to komuś urwie nóżkę, a to rączkę albo główkę. Nuda utrzymuje się do ósmego czy dziewiątego odcinka, kiedy akcja znowu zaczyna przyspieszać i robić się ciekawsza. Niestety, w przypadku trzynastoodcinkowego serialu to już trochę poniewczasie, bo część osób mogła najzwyczajniej w świecie nie zdzierżyć nudy i darować sobie dalsze oglądanie po piątym czy szóstym odcinku.
Ogólny zarys fabuły nie jest zły, to nawet interesująca historia. Niestety, twórcom nie udało się poprowadzić jej tak, aby zaciekawić widza. A szkoda, bo to niezły materiał na serial, wystarczyło trochę więcej chęci! Twórcy chcieli chyba zadowolić wszystkich – miłośników dramatów, komedii, horroru, fanserwisowców itd. – dlatego wpletli w serial wszystkie te wątki, co spowodowało, że „Elfen Lied” poleciłbym jedynie miłośnikom kiczu.
Nawet jeśli w warstwie fabularnej „Elfen Lied” broni się przed etykietką „totalna klapa”, w przypadku bohaterów nic nie może mu pomóc. Bohaterowie to chodzące kreatury bez uczuć i emocji, miotające się bez celu i nie wiedzące, czego chcą. Jedyną postacią, która jako tako mi się spodobała i która jakoś się jeszcze broni, jest Nyū. Ale i tutaj nie jest rewelacyjnie: przez większość serii jest to istotka zachowująca się jak dwulatka, ciesząca ze wszystkiego, bawiąca – ku zgorszeniu co poniektórych osób – swoimi piersiami i nyūkająca. Od czasu do czasu – ni z gruchy, ni z pietruchy – zamienia się w maszynę do zabijania, bez skrępowania rwąca, szatkująca i dekapitująca każdego, kto stanie jej na drodze... Jeśli miałbym rozstrzelać bohaterów, którzy mi się nie spodobali, ostałaby się tylko ona, ponieważ reszta jest żałosna i beznadziejna. Taki na przykład Kōta: jest zupełnie niezdecydowany i tępy (co najlepiej widać w ostatnim odcinku, jednak aby nie zdradzać zakończenia, nie powiem, o co dokładnie chodzi), a do tego ma jakieś niezrozumiałe motywy działania. Weźmy na przykład sytuację, w której to jest zdenerwowany na Nyū i najchętniej by ją zabił, ale gdy pytają o nią policjanci, lituje się nad nią i odpowiada, że jej nie zna. Reszta bohaterów to podobne beznadziejne indywidua, np. Mayu – jedna z przybłęd, która u Kōty i Yuki znalazła schronienie. Jest świadkiem niepokojących sprzeczek (hm, lekko powiedziane...) pomiędzy Nyū i Naną, ale wszystko to trzyma w tajemnicy, zamiast komuś o tym opowiedzieć. Mayu to taki irytujący dodatek od twórców, który znalazł się w tym anime zupełnie niepotrzebnie – jako wypełniacz czasu i coś, co dodatkowo ma wzbudzić w widzu wzruszenie przez swoją niby to tragiczną historię i nagłą odmianę losu, kiedy to znajduje sobie nową „rodzinę” – Kōtę, Yukę, Nyū i Nanę.
Postaci w tym anime jest wiele. Powiem więcej: jest ich za dużo, połowa z nich zupełnie zbędna, wprowadza niepotrzebny zamęt i dodatkowo irytuje oglądającego.
Przynajmniej pod względem technicznym anime to jakoś się prezentuje. Co prawda nie jest to mistrzostwo świata, wiele mu do tego brakuje, ale mimo wszystko wygląda w miarę przyzwoicie. Ładne są projekty postaci, ale widać wyraźnie, że najbardziej postarano się przy Nyū, resztę bohaterów potraktowano w mniejszym lub większym stopniu po macoszemu – ich wykonanie jest mniej dokładne. Jeśli oczekujecie jakichś przyzwoicie wykonanych brutalnych scen, srodze się zawiedziecie, ponieważ twórcy zadbali jedynie o to, żeby było efektownie. Wynikiem tego są fontanny krwi (nie dziwota, jeśli w tym anime człowiek ma jej ze dwadzieścia litrów) oraz beznadziejnie wykonane wnętrzności. Nawet znane mi osoby, które nie lubią krwawych scen i brzydzą się nimi, miały niezły ubaw podczas oglądania „Elfen Lied”. Scenografie, tła i animacje także przedstawiają się bez większych rewelacji. Nie warto zbytnio tego roztrząsać – wykonanie jest średnie, ale nie powinno razić.
Nad innym elementem, muzyką, także nie powinienem się zbytnio rozwodzić, ale wyjdzie mi z tego dłuższy akapit. Zacznę może od końca: ending stanowi j-popowy kawałek, zupełnie nie pasujący do reszty muzyki w tym anime. Jest szybki, a jakością tekstu dorównuje kiczowatym piosenkom o miłości takich „wybitnych” artystek jak Katarzyna Cerekwicka czy Gosia Andrzejewicz. Reszta muzyki bardziej pasuje do serialu – na swój sposób jest bardzo klimatyczna. Świetny jest śpiewany po łacinie opening, chociaż nawet ja – nie znający łaciny – potrafiłem wyłapać niezbyt poprawną wymowę wykonującej go pani: śpiewała ona jakąś angielsko-japońską zbitką, stąd też np. „qui” wymawiane jest jako kłi zamiast kwi, a „vitae” – witaj (poprawnie: wite). Najbardziej jednak w uszy rzuca się słowo „lilium”, wyśpiewane jako... ririjum! Może śmiesznie brzmi to z ust osoby, która w mowie kaleczy wszystkie języki obce, z angielskim i japońskim włącznie, ale przynajmniej nie pcham się z tym do ludzi, jeśli nie umiem. Jednak nic to, te wpadki nie potrafiły odebrać uroku temu openingowi. Niestety, skutecznie odebrało go powtarzanie przez wszystkie trzynaście odcinków wszędzie, gdzie się dało: nucą go bohaterowie, wygrywany jest przez pozytywkę, w tle słychać kilkadziesiąt tego przeróbek – na skrzypcach, fortepianie, nucony przez mężczyznę... Po kilku odcinkach „Lilium” wychodzi oglądającemu bokiem. Na soundtracku do „Elfen Lied” znalazło się bodajże trzynaście utworów, jednak w serialu usłyszeć można ze trzy albo cztery! Nie jest to jednak zbytnia strata, ponieważ prawie wszystkie utwory ze ścieżki dźwiękowej zrobione są na krzyż. Mimo to opening ogólnie był bardzo ładny i klimatyczny, czemu oprócz muzyki sprzyjała także ciekawa grafika. I to chyba jest największy plus tego serialu.
Jeśli już mowa o udźwiękowieniu, warto może wspomnieć o seiyū. A właściwie o pani Sanae Kobayashi podkładającej głos głównej bohaterce – przypuszczam, że jej nyū? może stać się kultową odzywką wśród otaku (chociaż pewnie nie tak jak Czy nic panu nie jest? wypowiedziane przez Mayu, z czego dziś nabijają się rzesze ludzi).
Podsumowując, „Elfen Lied” to serial, który miał szansę, by stać się czymś naprawdę dobrym, jednak zaprzepaszczono ją – wyszło z tego nudne widowisko, mające na siłę wycisnąć z widza łzy i rzekomo posiadające jakąś głębię... Niestety, tanie sztuczki zupełnie się nie sprawdziły, i tak na przykład elementy mające śmieszyć, wywoływały na twarzy uśmiech politowania. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – pośmiać też się można: ja często rechotałem głośno i obrzydliwie w momentach, które – w zamierzeniu twórców – miały być dramatyczne czy poruszające. „Elfen Lied” to zmarnowany potencjał, anime, przy którym może opaść szczęka – jeśli tylko będziesz długo i szeroko ziewał, co i ja robiłem w trakcie oglądania, to Ci się obluzuje. Aż dziw bierze, że osoby, którym ta produkcja się nie spodobała, są (zdaje się) w mniejszości!

| Reżyseria | Mamoru Kanbe |
| Kompozycja serii | Takao Yoshioka |
| Dialogi | Takao Yoshioka |
| Muzyka | Kayo Konishi, Moka, Yukio Kondoo |
| Twórca oryginału | Lynn Okamoto |
| Projekt postaci | Seiji Kishimoto |
| Scenografia | Kiyoshi Ito |
| Reżyseria animacji | Seiji Kishimoto |
| Projekt obiektów mechanicznych | Hiroyuki Ogawa |
| Scenografia | Tomoyuki Aoki |
| Reżyseria dźwięku | Katsunori Shimizu |
| Wykonanie piosenek | Chieko Kawabe, Kumiko Noma |
| W ROLACH GŁÓWNYCH | |
| Chihiro Suzuki | Kōta |
| Sanae Kobayashi | Lucy / Nyū |
| Mamiko Noto | Yuka |
| Emiko Hagiwara | Mayu |
| Yuki Matsuoka | Nana |
| W POZOSTAŁYCH ROLACH | |
| Hiroaki Hirata | Profesor Kakuzawa Yu |
| Jouji Nakata | Bandō |
| Kinryuu Arimoto | Szef Kakuzawa |
| Maria Yamamoto | Kanae |
| Osamu Hosoi | Kurama |
| Tomoko Kawakami | Mariko |
| Hitomi Nabatame | Shirakawa |
| Maria Yamamoto | Kisaragi |