W mieście otwarte zostaje Muzeum XX wieku, gdzie starsi mogą przypomnieć sobie swoje dzieciństwo. Właściciele obiektu mają jednak pewne plany: chcą sprawić, aby dorośli zaczęli żyć w wielkiej utopii, czasach swej młodości. Shinnosuke wraz z przyjaciółmi musi uratować dorosłych przed zgubą.
| odcinki | 1 x 90 min - łącznie 90 min | |
| przypisania | komedia | |
| produkcja | TOHO | |
| związane | Shin-chan (1992) - historia nadrzędna |
|
| ta recenzja | Pottero (28.02.2006) | Ocena: ![]() ![]() ![]() ![]() 5.00 |
Aż mi jaja ścierpły... To było moje pierwsze doświadczenie! – te słowa wypowiada w pewnym momencie filmu Shin-chan. Trochę pasują one do mnie: „Imperium dorosłych kontratakuje” (oczywiste skojarzenie z „Imperium kontratakuje”, chronologicznie 5. częścią „Gwiezdnych wojen”) było moim pierwszym doświadczeniem z pełnometrażowym filmem o Shin-chanie, od którego coś mi ścierpło. Nie były to „jaja”, a skóra – nie przypuszczałem, że pełnometrażówka może aż tak bardzo różnić się od serialu. Różnić się na niekorzyść filmu.
W 1970 roku w japońskiej Ōsace miała miejsce światowa wystawa Expo. Wystawę tę atakuje nagle potwór przywodzący na myśl nieśmiertelnego Gojirę. Przebywająca na wystawie rodzina Noharów natychmiast zamienia się w superbohaterów, którzy stają do walki z potworem. W tym momencie myślę sobie: What the fuck? Czyżbym pomylił filmy? Gdyby nie to, że jest tutaj Shin-chan i jego rodzina... Jak się jednak okazało, Noharowie zawędrowali do Muzeum XX Wieku, którego jedną z atrakcji jest wcielenie się w lubianą w dzieciństwie postać. Tym oto sposobem Hiroshi walczył z potworem, a Misae zamieniła się w czarodziejkę. Wyprawa nie spodobała się Shin-chanowi i Himawari (młodsza siostra Shin-chana; odcinki z nią nie są emitowane w Polsce): są młodzi, żyją w XXI wieku, dlatego nie kręci ich minione stulecie. Hiroshiego i Misae ogarnia jednak nostalgia – tęsknią do epoki, która już przeminęła i nigdy nie wróci. Ale, ale... czy nie powróci na pewno? Niejacy Ken i Choko utrwalili zapach XX wieku, który powoduje, że japońscy dorośli wpadają w dziwny trans. Wszyscy zostają zabrani do Muzeum XX Wieku, aby tam żyć jak w minionej epoce. Dzieci zostają same, wkrótce jednak przyjeżdżają po nie dorośli. Niektóre idą z nimi, inne – jak Shin-chan i jego przyjaciele – pozostają na wolności. Dzieci poddane mają zostać czemuś w rodzaju prania mózgu, a później powrócić do swoich domów, gdzie będą żyły bez dorosłych. Grupa Shin-chana nie zamierza się jednak poddać dorosłym: najpierw ukrywają się przed nimi, a później zaczynają stawiać im opór...
Raziła mnie ta cała „fantastyka” – przyzwyczaiłem się już do tego, że „Shin-chan” to trochę podkolorowana proza życia. Trudno się jednak dziwić twórcom: rokrocznie (licząc od 1993 roku) powstaje nowy pełnometrażowy film o Shin-chanie (o ile się nie mylę, na chwilę obecną jest ich trzynaście), a widzowie chyba nie byli by zadowoleni, gdyby za każdym razem oglądali jakiś typowy wątek z życia, dlatego wszystko jest przesadzone. Nam, Polakom, może wydawać się to głupie, ale w Japonii Shin-chan jest naprawdę opłacalnym biznesem: manga, serial, filmy, maskotki, komplety pościeli, kubki, temperówki itd. – u nas taki szał panował na pokémony. Sprawa jest prosta: aby przyciągnąć widzów, trzeba wymyślić coś oryginalnego. Mnie to jednak się nie spodobało – za dużo tu fikcji.
Nie mogłem przyzwyczaić się do bohaterów – byli inni niż w serialu. Przede wszystkim inny był Shin-chan: nadal lubi pokazywać tyłek i świntuszyć, ale jest bardziej dojrzały i jakby mądrzejszy niż w telewizji. Co więcej, jest nawet uczuciowy i gotów do poświęceń... Nie takiego Shin-chana lubię – wolę łobuza, niż heroicznego bohatera.
Zmiany nie dotyczą jednak tylko Shin-chana: Bō, serialowy Forrest Gump, tutaj wykazuje się inicjatywą i pomyślunkiem, co jest raczej niespotykane w serialu. Trochę inni są też Kazama (Cosmo), Nene (Nini) i Satō Masao (Max).
Dziwne wrażenie o bohaterach potęgowali dodatkowo seiyū – był to mój pierwszy kontakt z „Shin-chanem” w oryginalnej wersji językowej, jakże innej od polskiego dubbingu. Głosy aktorów są zupełnie inne, dlatego trudno się do nich przyzwyczaić, jeśli od długiego czasu ogląda się wyłącznie polski dubbing. W Polsce Shin-chan przemawia raczej cienkim głosem, w Japonii jego głos jest dość „gruby” i mocny.
Inność serialu dotyczy także wykonania: animacje są lepsze niż w serialu, ale i tak nie robią jakiegoś specjalnego wrażenia. Zauważalne są także momenty, w których zdecydowano się na wykorzystanie komputerów. Podobnie ma się z tłami: są bogatsze, ale po prostu przeciętne. Projekty głównych postaci też trochę się zmieniły, ale nadal wyglądają jak te z serialu. Jeżeli chodzi o bohaterów pobocznych, to są one brzydkie i w shinchanowym stylu (powykrzywiane twarze itd.). Zagadką jest dla mnie postać Kena – nie mogłem się pozbyć wrażenia, że patrząc na niego, widzę Johna Lennona...
Zauważalna jest tutaj muzyka, czego raczej nie doświadcza się podczas oglądania serii telewizyjnej. Mamy tutaj różne kompozycje, jak żwawe kompozycje w rockandrollowym stylu, które towarzyszą nam w scenach akcji, ale także coś przywodzącego na myśl muzykę ze starych westernów, gdy chodzi o coś bardziej poważnego. Muzyka stara się wpasować do dynamiki sceny i jej wagi, mnie jednak jakoś specjalnie się nie spodobała, zwłaszcza spokojny i ckliwy ending – to już naprawdę nie pasowało do „Shin-chana”!
Mamy w filmie kilka scen, które na myśl przywodzić mogą Hollywood. Chodzi mi przede wszystkim o pościg za autobusem: jeden autobus ścigany jest przez kilkadziesiąt osób w kilkunastu samochodach. Ale i tutaj nie mogło zabraknąć Shin-chana, który z dachu owego autobusu oddaje mocz na bondowską toyotę 2000 GT. Nie zabrakło także strzelanin (z pistoletów na plastikowe kulki) czy scen jakby ze „Szybkich i wściekłych”, kiedy to Dom i Brian próbują oswobodzić Vince’a z pędzącego tira.
„Imperium dorosłych kontratakuje” co prawda nadal zachowuje wiele z serialu, jest to jednak coś zupełnie innego. Jeżeli przez długi czas oglądało się tylko serial na Jetiksie i nic więcej, film może wydać się naprawdę dziwny – ma inny klimat, jest inaczej wykonany, bohaterowie są trochę zmienieni. Mnie film spodobał się średnio: było parę śmiesznych momentów i tekstów, ale ogólnie byłem trochę otępiały podczas seansu – po prostu nie mogłem się do tego przyzwyczaić. Prawdopodobnie za drugim razem odbiorę go już inaczej, lepiej, ale pierwsze wrażenie było jako takie. Obejrzenie filmu kazało mi się też zastanowić nad pewną rzeczą: czy polska wersja jest może ocenzurowana? Ten film był „odważniejszy” od serialu: trochę słownictwa raczej nie pasującego do najmłodszych widzów („dupa”, „jaja”, „cholera” itd.), spożywanie alkoholu przez pięciolatków... Japońska mentalność jest inna od naszej, ale odnoszę wrażenie, że jeśli film trafił by do dystrybucji w Polsce, powinien być dozwolony od dwunastu lat...
„Imperium dorosłych kontratakuje” to mimo wszystko jazda obowiązkowa dla fanów Shin-chana. Osobom, które nie znają przygód owego brzdąca, obejrzenie filmu pozostawiam ich sumieniom. Polecałbym jednak obejrzeć najpierw kilka odcinków serialu, aby zobaczyć z „czym to się je”, a później – jeśli się spodoba – zabrać się za jeden z filmów pełnometrażowych.
| Funkcja | Imię i nazwisko |
| Reżyseria | Tsutomu Mizushima |
| Dialogi | Keiichi Hara, Tsutomu Mizushima |
| W rolach głównych | |
| Imię i nazwisko | Postać |
| Akiko Yajima | Shinosuke |
| Keiji Fujiwara | Hiroshi |
| Miki Narahashi | Misae |
| Satomi Koorogi | Himawari |